niedziela, 9 września 2018

Rozdział 31

Dymitr:
Obudziły mnie promienie słońca, wpadające przez nie zasłonięte okna. przeciągnąłem się i otworzyłem oczy. Ale to nie mój pokój. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem i co się dzieje, ale po sekundzie wróciły wszystkie wspomnienia. Spojrzałem na Rose. Spała, leżąc połową ciała na moim torsie. Tak jak wtedy. Ale teraz to nie był sen. To wszystko było prawdą. Ona na prawdę mnie kocha. Była taka piękna. Luźne kosmyki przykleiły się do jej mokrego czoła. Usta miała wciąż opuchnięte po pocałunkach, lekko uchylone, a policzki rumiane. Mógłbym tak na nią patrzeć godzinami. Ale miałem inny plan. Ostrożnie, żeby jej nie obudzić, wstałem i ubrałem bokserki. Zszedłem do kuchni i zabrałem się do robienia naleśników z czekoladą. Do tego zalałem wodą sobie kawę, a jej herbatę pomarańczową z cynamonem. Gdy wszystko było gotowe, wziąłem to na tackę i zaniosłem na górę. Akurat Rose się obudziła. Patrzyłem na nią piękną, jak się przeciąga. otworzyła lekko oczy, uśmiechając się leniwie. Usiadłem obok niej na łóżku i podsunąłem do niej tackę. Uniosła się i jeszcze raz przeciągnęła, po czym spojrzała na to, co jej przyniosłem. Pisnęła i zabrała się do jedzeni.
- Takie poranki poproszę częściej.- zaśmiała się.
- Nie wiem, czy twój ojciec byłby zadowolony.- przyłączyłem się do jedzenia.
- Ciii- pocałowała mnie.- On o niczym nie musi wiedzieć- uśmiechnęła się figlarnie.
Po śniadaniu położyłem się obok ukochanej, a ona przytuliła się do mnie. Bawiłem się jej włosami.
 - Jak się czujesz?- spytałem.
- Cudownie- westchnęła wtuliła się mocniej w moją pierś.- Ale co teraz będzie?
- Jak co? Dalej będę pracować tutaj, a później...
- Otworzysz restaurację i mnie zostawisz?- spytała z żalem w głosie.
- Nie!- złapałem jej twarz w dłonie i zmusiłem, by spojrzała na mnie.- Nigdy cię nie zostawię- przytuliłem ja do siebie i pocałowałem w czoło.- Kocham cię. Po części po to chciałem otworzyć restaurację.  W sumie głownie po to. Żebyś mnie zechciała- przyznałem
- Co?- uniosła się i spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
- No bo co ja mam ci do zaoferowania? A tak bym zarobił trochę pieniędzy i...
- Czy ty masz mnie za aż taką materialistkę?
- Nie. Ale....No bo ty...- nie było dane mi więcej powiedzieć, ponieważ przeszkodziły mi jej usta.
- Kocham cię Dymitrze Bielikow. Nie ze względu na to, co masz, a jaki jesteś. To tym mnie uwiodłeś. Ale ja się dziwię, co ty widzisz we mnie? Przecież jestem tylko rozpieszczoną gówniarą.
- Wcale nie. Jesteś wspaniałą kobietą, o wspaniałym charakterze. Kocham cię. Bardzo. I nigdy w to nie wątp.
- Dobrze. To co dalej?- na nowo się do mnie przytuliła.
- No to otworzę restaurację, w której będziesz zawsze mile widzianym gościem- zacząłem głaskać jej brzuch, a ona przymknęła oczy i zaczęła mruczeć.- A później się zobaczy. Zamieszkamy razem, założymy rodzinę...
- Bardzo mi się podoba ten plan- uśmiechnęła się.- A masz też plan na dzisiaj?
- Spędzić czas z tobą najlepiej jak się da. Jak go oceniasz?
- To się okaże po realizacji.-uniosła się i złączyła nasze usta w delikatnym pocałunku.- Tyle o tym marzyłam, że teraz nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.
- To uwierz. Jestem dla ciebie i już zawsze będę- oddałem pocałunek.- Ale nie spędzimy całego dnia w tym łóżku.
Wstałem i pociągnąłem ją za sobą.
- A szkoda, było tak przyjemnie.- westchnęła i wstała.
Przyjrzałem się jej z podziwem. Chyba dopiero teraz zauważyła, że wciąż jest goła, bo zaczęła się zasłaniać. Spojrzałem na nią z czułością, jak w nocy zabierając jej dłonie i splatając ze swoimi.
-Dalej tak będzie. Nie zakrywaj się, jesteś piękna.- zaśmiałem się z jej rumieńca i pocałowałem.
Od razu się odprężyła.
-Tym razem ja pierwsza zajmuję łazienkę- oderwała się ode mnie i wyleciała z pokoju, a jedynym co mi po niej zostało, był jej cudowny zapach.
Udałem się do swojego pokoju i ubrałem. Wziąłem brudne naczynia po naszym śniadaniu i zabrałem do kuchni. Patrzyłem za okno na śnieżny krajobraz, gdy poczułem zgrabne, małe dłonie obejmujące mnie od tyłu. Rose oparła się o moje plecy. Odwróciłem się i przytuliłem ją do siebie.
- To co robimy? - spytała cicho.
- Co powiesz na bitwę na śnieżki?- zaśmiałem się, patrząc na jej zbolałą minę.
- No dobrze- zgodziła się niechętnie i poszła ubrać kurtkę i buty.
Poszedłem na górę po mój prochowiec i również ubrałem buty. Gdy wyszedłem już miała zbudowaną barierę i lepiła śnieżki. Szybko zbudowałem swoją osłonę i zaczęliśmy walkę.
Po kilku godzinach wróciliśmy przemoknięci, zmarznięci, ale zadowoleni.
- Zrobię gorącą czekoladę, a ty idź się przebierz w suche rzeczy.
- Tak!- ucieszyła się i pobiegła na górę, a ja wstawiłem wodę.
Wróciła ubrana na tak zwaną cebulkę. Miała na sobie z 3 pary grubych skarpet, niebieską bluzę oraz grube, czarne leginsy. Usiadła przed telewizorem i zaczęła skakać po kanałach. Zająłem miejsce obok niej, podając ukochanej jeden kubek.
- To co oglądamy?
- To- uśmiechnęła się szeroko, zostawiając na jakiejś komedii romantycznej.
Westchnąłem, ale nic nie powiedziałem. Objąłem ją ramieniem, oglądając film. Co chwilę zerkałem na nią, aż w końcu w ogóle zrezygnowałem z telewizji na rzecz brunetki. Jest taka piękna. Odgarnąłem jej kosmyk włosów za ucho, odsłaniając złoty kolczyk. Po chwili uderzyła mnie w dłoń.
- Au!- krzyknąłem bardziej z zaskoczenia, bo jednak to nie bolało i zabrałem szybko dłoń.- Za co to?
- Za przeszkadzanie- mówi krótko, wciągnięta w film.
Zostało mi tylko podziwianie jej z dystansu, aż do końca filmu.
W końcu się skończył. Przytuliłem płaczącą dziewczynę.
- Ale to było piękne- pociągnęła nosem.- My też będziemy mieli taki piękny ślub?
Zaskoczyło mnie to.
- Jesteśmy razem od wczoraj, ale jeśli zechcesz, to będziemy mieli tak piękny ślub, jaki tylko sobie zamarzysz- zaśmiałem się, tuląc ją mocno.
Po jakimś czasie uspokoiła się.
- Pójdę zrobić obiad, co ty na to?
- Pomogę ci. I w sumie to już bardziej obiadokolacja- zaśmiała się, wstając.
Miała rację. Straciliśmy trochę poczucie czasu na dworze i już jest wieczór, o czym świadczy ciemność za oknami. Razem poszliśmy do kuchni i zaczęliśmy robić obiad.
***
- To teraz ja mam pomysł, co możemy robić dalej.- oznajmiłem, po obiedzie.
- Mam się bać?- popatrzyła na mnie z rozbawieniem.
- Raczej nie- zaśmiałem się.
Otworzyłem okno od kuchni i włączyłem głośno radio, po czym poszedłem z ukochaną na przedpokój.
- Co ty kombinujesz?- popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Nic- uśmiechnąłem się niewinnie i założyłem na nią biały rozpinany sweter z niebieskimi wzorkami.
Założyliśmy buty i wyszliśmy na dwór. Położyłem się na ziemi, wcześniej odgarniając śnieg, a płatki leciały na mnie z nieba. Przez otwarte okno wydobywała się muzyka.
- Oszalałeś?? Zmarzniesz- wystraszyła się Rose.
- Nie. chodź do mnie- wyciągnąłem do niej rękę.
Nastolatka niepewnie położyła się obok z głową na moim torsie. przytuliłem ją, żeby nie było jej zimno.
-Widzisz, nie jest tak źle.
- Może racja...
Nagle się zerwała. Sięgnęła prze okno po pilot i dała głośniej. zaczęła kołysać się w rytm dźwięków piosenki. No tak, Ed Sheeran i "Perfect". Wpadł mi do głowy pomysł. podszedłem i ująłem jej dłonie, odziane w pierścionki. Przez chwilę patrzył na mnie zdezorientowany, ale po chwili zrozumiała, a jej policzki pokrył róż.
- Nie umiem tańczyć.
- To łatwe. Zobaczysz.
Zacząłem wolno kołysać się z nią w rytm muzyki, czasem obracając. Uśmiechała się, patrząc mi w oczy. Po chwili położyła mi głowę na ramieniu, a ja szeptałem jej na ucho słowa piosenki, jakby to była najszczersze modlitwa. Spiewałem to jej i tylko jej. Bo to ona wyglądała idealnie tej nocy.
_____________________________________________
Wszelkie podobieństwo do utworu "Perfekt" jest nie przypadkowe 😁😁💖💖💖💖

niedziela, 2 września 2018

Już jest!

Już wystartował nowy blog! Zapraszam tych co tu jeszcze są:


https://wodneromitri.blogspot.com


środa, 1 sierpnia 2018

Rozdział 30

Przez kolejne godziny rozmawialiśmy, śpiewaliśmy i tańczyliśmy, gdy Dymitr grał na nowej gitarze. A grał pięknie. Śmiesznie było, gdy próbowaliśmy nauczyć się rosyjskich piosenek.
- I jak my to teraz zabierzemy?- zmartwiły się dziewczyny, patrząc na samochód i domek Zoji, gdy już musieli wychodzić.
- Spokojnie, zamówiłam wam tragarzy do przeprowadzki.- przerwał mi klakson.- O! Już są.
- Och Rose- załamała się Olena.
- Nie jęcz mi tutaj, tylko pakować się do auta i przeprowadzać- zaśmiałam się.
Z Dymitrem pomogliśmy im zapakować rzeczy do samochodu i pożegnaliśmy się z nimi.
- Na pewno nie chcesz jechać z nimi?- spytałam, choć naprawdę bałam się zostać sama.
- Na pewno. Nie mogę cię zostawić samej- uśmiechnął się, co odwzajemniłam.
Gdy wszyscy pojechali, wróciliśmy do domu. Razem zaczęliśmy sprzątać po gościach i chować resztki jedzenia. Gdy skończyliśmy, usiadłam na sofie zmęczona. Zdziwiłam się, gdy Rosjanin podał mi kieliszek z winem. Przyjęłam go, a on z drugim usiadł obok.
- I jak? Zmęczona?- spytał.
- Tak. Ale pozytywnie. W sumie dawno nie spędziłam tak miło świąt. Dziękuję. A i mam coś jeszcze dla ciebie.
- Co?
Jednak nim usłyszałam resztę, już biegłam na górę. Wparowałam do pokoju i wyciągnęłam spod łóżka prezent i wróciłam na dół.
- Proszę, to dla ciebie. W podziękowaniu za pomoc.- uśmiechnęłam się.
- To ja ci dziękuję za wigilię. Ale tak dużo dla nas robisz...
- Nie mogę inaczej.
- Ale to za dużo.
- Dymitr- załapałam to za dłoń, ale szybko puściła.- Skończmy już ten temat. Otwórz.
Zawahał się, ale nie miał innego wyjścia.
- No dobrze.
Otworzył pudełko i zaniemówił. Wyciągnął z pudełka płaszcz, patrząc na niego jak oczarowany.
- Rose...
- Każdy kowboj musi mieć prochowiec, Towarzyszu- uśmiechnęłam się szeroko.
- Ja, nie wiem, co powiedzieć. Jak ja ci się odwdzięczę.
"Po prostu bądź" pomyślałam.
- Nie musisz. Pamiętasz? To ja ci dziękuję
 Uratowałeś mnie dwa razy, teraz ta wigilia... należy ci się.
- Dziękuję. I ja też coś dla ciebie mam- odwróci I się i podał mi pudełeczko. Delikatnie je otworzyłam i zaniemówiłam.- To nasza pamiątka rodzinna. Dziadek dawno temu dał tą bransoletkę babci.
- Dymitr, ja... Nie mogę...- przerwałam widząc jego wzrok i westchnęłam.- Dziękuję.
Przytuliłam go i wyciągnęłam złotą ozdobę. Składała się ze złotych segmentów, a na środku miała dysk z rubinową różą. Założyłam ją na rękę.
- Jest piękna. Na prawdę dziękuję.
- Proszę.- W tym samym czasie Dymitr założył prochowiec i wyglądał w nim naprawdę zabójczo. Na prawdę chciałam się na niego rzucić.
Jeszcze z godzinę siedzieliśmy i rozmawialiśmy, wspominaliśmy dzień. Ziewając spojrzałam na godzinę.
- Już pierwsza. Chyba czas spać.- zauważyłam.
- Faktycznie- wstał i zabrał mi pusty kieliszek.
Wrócił z kuchni i razem poszliśmy na górę. Pierwszy do łazienki poszedł Dymitr, bo uznał, że mu to zajmie mniej czasu. Odpuściłam i czekałam w pokoju, wciąż nie mogąc przestać się zachwycać bransoletką. Chciałabym, żeby dał mi ją z takimi samymi intencjami, jak jego dziadek babci. I tak ledwo się powstrzymałam, żeby go nie pocałować. Moje rozmyślania przerwał pukanie do pokoju.
- Masz wolne.
- Okey.
Wyszłam z pokoju i weszłam do łazienki. Wykąpałam się razem ze zmyciem makijażu i niż chciałam ubrać piżamę, kiedy zauważyłam, że jej nie ma. Musiałam zapomnieć wziąć ją z pokoju. Ubrałam bieliznę i szlafrok, po czym ostrożnie wyszłam na korytarz. Nagle zderzyłam się z czymś twardym i aż podskoczyłam. Szlafrok zsunął się ze mnie, a ja w szoku spojrzałam w górę. Dymitr musiał w tym samym czasie co ja wychodzić i tak znalazłam się w jego objęciach, a teraz patrzyłam w jego piękne oczy, tak samo wpatrzone we mnie z... zachwytem? Choć bardzo chciałam, nie umiałam oderwać od niego wzroku. On chyba ode mnie też. Ale... przecież... czy to możliwe. Nagle minimalnie zaczął się do mnie pochylać. Delikatnie uniosłam głowę, ale nie miałam odwagi zamknąć oczy. Co jeśli się obudzę? Co jeśli to tylko sen, tak jak wtedy? Zadrżałam, gdy poczułam jego wargi na swoich i nawet nie wiem kiedy zamknęłam oczy. Od razu oddałam pocałunek, lekkie muśnięcia i nieśmiałe ruchy ust. Smakował tak samo jak wtedy. A może to nie był sen? Nie miałam głowy teraz się nad tym zastanawiać. Czułam, jak delikatnie powoli, nie przestają się całować, przesuwamy się w stronę mojego pokoju. Położyłam dłonie na jego gołej piersi i zaczęłam pnąc się nimi wyżej, żeby ostatecznie zapleść mu je na karku i bawić się włosami Rosjanina. Musiało mi być niewygodnie w tej pozycji, ponieważ zjechał swoimi dłońmi na moje uda i uniósł mnie. Od razu oplotłam go nogami, a Dymitr ruszył już bez ociągania do mojego pokoju. Mając taką możliwość, załapałam jego twarz w ręce i pocałowałam żarliwie, jednak nie dając mu dostępu. Niech się trochę pomęczy. Boże, nie wierzę, że to się dzieje. On mnie całuje. I ja jego. Całujemy się. O boże. Aż zapomniałam, jak się oddycha. Odsunęłam się od niego, a on się zatrzymał. Oboje oddychaliśmy szybko i płytko, patrząc sobie w oczy. Między nami przepłynął prąd. Poczułam ścisk w brzuchu i przysłowiowe motylki, po czym przylgnęłam do niego na nowo, kontynuując pocałunek. Zamknął za nami drzwi i oparł mnie o ścianę. Położyłam ręce na jego plecach, żeby czuć jego ciepłe ciało jak najbliżej mojego. Tak bardzo to pragnęłam jak najbliżej. Potrzebowałam jego dotyku, pocałunków, całego niego. Całował tak, cudownie, jeszcze nigdy nie czułam się tak jak teraz. Nic się nie liczyło po za nami dwojgiem. Na lekkie muśnięcia jego języka z chęcią się otworzyłam, pozwalając mu na penetrację moich ust, już nawet nie walcząc o dominację. Przeniósł mnie na łóżko i zawisł nade mną, wciąż nie rozdzielając naszych ust. Po długim i intensywny pocałunku, Dymitr zszedł ustami na moją szyję. Przycisnęłam jego głowę bliżej, jęcząc cicho i wijąc się pod nim. Czułam, jak dłońmi delikatnie głaszcze moją talię i brzuch. Drżałam od każdego, najmniejszego muśnięcia jego długich palców. Rozpalał mnie całą, kawałek po kawałeczku. A wszystko kumulowało się w moim podbrzuszu. Czułam się tak niesamowicie. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że całuje mnie najcudowniejszy mężczyzna na świecie, któremu oddałam całe swoje serce. Delikatnie rozpiął mój koronkowy stanik, a ja nie dopuszczałam do siebie myśli, co się zaraz stanie. Nie, to nie możliwe. Bałam się zawieść. Poczułam jego usta na dekolcie i na piersiach. Az wciągnęłam gwałtownie powietrze z przyjemności i zaczęłam jeszcze szybciej oddychać. O mój Boże. Ale to cudowne.
-Dymitr...- wysapałam.
Uniósł się i spojrzał na mnie z troską i czułością.
- Mam przestać?
- Nie. Ja... -zaczerpnęłam więcej powietrza.- Kocham cię-  wyszeptałam tak cicho, że nie miałam pewności, czy nie powiedziałam tego tylko w mojej głowie.
Od razu chciałam się gdzieś ukryć z zawstydzenia. Nie wiem czemu to mnie tak krępowało. Jakbym powiedziała jakiś wstydliwy sekret. On za to uśmiechnął się z czułością i pogłaskał mnie po policzku.
- Ja ciebie też Roza- znowu zaczął całować moją szyję.- Jesteś taka piękna. A dzisiaj wyglądałaś olśniewająco- szepnął mi do ucha, a mnie przeszły dreszcze wzdłuż kręgosłupa.- Gdy tylko zobaczyłem cię w tej sukience, miałem ochotę cię pocałować.
Jęknęłam.
- To czemu teraz sobie tego żałujesz?- uśmiechnęłam się z zamkniętymi oczami.
Ale nie na długo, bo za chwilę znowu poczułam jego usta na swoich. Nie mogłam uwierzyć. On mnie kocha! Skakałabym teraz i piszczała szczęśliwa, gdybym nie miała lepszego zajęcia. Sięgnęłam do jego spodni dresowych i zaczęłam ściągać. Po chwili leżał na mnie tylko w bokserkach.Dłonie Rosjanina zsunęły ostatnią część mojej bielizny i wyrzuciły po za łóżko. Czułam się skrępowana, ale i podniecona. To było coś niesamowitego, nowego. Bałam się, ale ufałam Dymitrowi. Byłam naga i cała dla niego. Mógł ze mną zrobić wszystko. Chciałam tyko żeby był blisko i zawsze mnie kochał. Poczułam jak jego męskość wbija się w mój brzuch, co wywołało mój jęk prosto w jego usta. Pozbyłam go ostatniego dziejącego nas materiału. Na nowo się ode mnie odsunął, a ja mimowolnie stęknęłam rozczarowana. Otworzyłam przymknięte oczy i zobaczyłam, jak podziwia moje ciało. Zaczęłam się zasłaniać, a policzki na pewno przybrały kolor intensywnej czerwieni, prawie jak moja bielizna, której już nie miała. Zawstydziłam się jeszcze bardziej. Jednak Dymitr nie pozwolił mi, łapiąc moje dłonie i przytrzymując je po  obu stronach mojej głowy.
- Nie zakrywaj się. Jesteś piękna- wymruczał z podziwem i pożądaniem w oczach. Jednak przez moment się zawahał.- Na pewno tego chcesz?
- Tak.
- Poczekaj- spiął się.- Musimy się zabezpieczyć.
- Szafka po lewej- jeszcze bardziej się zarumieniłam.- Mama mi dała, na taką okoliczność...
Nachylił się i pocałował mnie z czułością i miłością. Uwolnił moje ręce, a ja od razu złapałam go za kark. To co się później działo było cudowne. Połączenie miłości, rozkoszy... nie opiszą tego słowa. Byliśmy tylko ja i on i nasza miłość. Co chwilę słyszałam jak powtarza moje imię, ale w Rosyjskiej wersji. Od razu to pokochałam. Tak jak jego całego. Czułam lekki ból na początku, ale szybko o nim zapomniałam. Dymitr był bardzo delikatny i idealnie mnie prowadził. Położył się obok mnie zdyszany i przytulił mnie mocno do siebie. starałam się uspokoić oddech, przytulona do niego najmocniej jak mogłam. Dalej nie wierzyłam w to, co się przed chwilą działo. To naprawdę były moje najcudowniejsze święta. Z najcudowniejszym mężczyzną na świecie.
- Kocham cię Roza - wyszeptał, całując mnie w skroń.
- Ja ciebie też towarzyszu- uśmiechnęłam się.
Nim się obejrzałam, zasnęłam z tym uśmiechem na ustach.

wtorek, 31 lipca 2018

Rozdział 29

To już dziś. Wigilia. Rano pożegnałam się z rodzicami i prosto po ich wylocie z Dymitrem wróciliśmy do domu. Od razu zabraliśmy się za przygotowania. Zazwyczaj nie mieszałam się do garów, ale z pomocą Bielikowa wszystko wydaje się łatwiejsze. A i tak nie miałam co robić, bo dom oboje z ojcem udekorowali wczoraj. Kolacja zaczyna się o 18, więc nie było dużo czasu. Ale praca szła nam zadziwiająco szybko. Po dwóch godzinach w lodówce chłodziła się sałatka, a w piekarniku czekała gęś z jabłkami. Byłam pod wielkim wrażeniem.
- Dymitr?- zaczęłam niepewnie.- A co z tym karpiem w wannie?
- Trzeba go przygotować. Zrobisz to?- poprosił.
- Oszalałeś?!- zrobiłam wielkie oczy, a on się zaśmiał.
- Żartowałem.- aż zgiął się w pół.
Dałam mu kuksańca.
- Jesteś nienormalny- oburzyłam się.
- I tak mnie lubisz- dalej się śmiejąc, wyszedł z kuchni i poszedł na górę.
- Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo- mruknęłam do siebie i dalej wyrabiałam ciasto na uszka.
Byłam w trakcie lepienia, gdy Rosjanin wrócił. Spojrzałam na niego, co okazało się błędem. Od razu się odwróciłam, żeby nie musieć patrzeć na to biedne stworzenie.
- Ja tego nie jem- oznajmiłam.
- Mówię ci, będziesz się nim zajadać, jakbyś cały dzień nic nie jadła.- Nosz jeszcze się śmieje bezczelny.
Więcej się nie odezwałam i wróciłam do lepienia. Jednak o 16 zostawiłam go sam na sam z kuchnią i poszłam się szykować. Wzięłam z pokoju przygotowane ubrania i kosmetyki, po czym poszłam do łazienki, gdzie zamknęłam sikę na klucz. Napełniłam wannę ciepłą wodą, z pianą i innymi dodatkami, po czym zanurzyłam się w relaksującej kąpieli. Strasznie się stresowałam. Pierwszy raz praktycznie sama organizuję święta i jeszcze będzie rodzina Dymitra. Chcę, żeby wszystko było idealnie. Po godzinie wyszłam z wanny umyta i ogolona. Założyłam czerwoną bieliznę i stanęłam przed lustrem, żeby się pomalować. Postawiłam na czerwone i złote cienie. W końcu odwróciłam się do drzwi, na których wisiała już przygotowana czerwona suknia. Ubrałam ją na siebie i przejrzałam się w lustrze. Wciąż była tak samo piękna jak w sklepie. Cała kreacja sięgała ziemi, a od wysokości prawego uda miała rozcięcie, dzięki czemu była elegancka i seksowna. W tali przepasał mnie pas że złotą klamra, a od niego w górę szła koronka. Czerwony materiał kończył się na piersiach, za to tiul ciągnął się jeszcze wyżej, na ramiona. Jako rękawy służyły pod dwa długie trójkąty z wierzchu i pod spodem ręki połączone pierścieniem. Założyłam oba na środkowe palce tak i podziwiałam jak idealnie ma mnie leży. Do tego ubrałam czerwone szpilki i złotą biżuterię. To zdecydowanie mój kolor. I na koniec zabrałam się za moje włosy. Zrobiłam sobie warkocz, który wyglądał, jakby się rozpadał, tylko przy twarzy zostawiłam cztery luźne kosmyki. Jeszcze spryskałam się perfumami, spojrzałam na siebie w lustrze i wyszłam z łazienki, akurat gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. To już? Mam nadzieję, że Dymitr zdążył wszywki przygotować. Zeszłam na dół I oniemiałam. Stół był już nakryty, świeczki zapalone, światła przyciemnione, choinka też swieciła, a kuchnia lśniła czystością. W tle leciały cicho kolędy. No byłam pod wielkim wrażeniem. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je.
- Rose!
- Lissa!
Rzuciłysmy się sobie w ramiona, jakbyśmy się rok nie widziały. W końcu pozwalołam jej wejść.
- Hej Christian.- go też przytuliłam.
- Hej.
- Boże, Rose. Ale ty pięknie wyglądasz- zachwycała się Lissa.
- Dzięki. Ty też wspaniale.
Na prawde. Miała piękną seledynową suknię, też do ziemi, ale całą pokrytą koronką z małymi kamyczkami, imitującymi szmaragdy. Pasowała jej do oczu. Wyglądała jak księżniczka.
- A że mną się nie przywitasz?- usłyszałam trzeci głos.
- Tasza, witaj!- przytuliłam ciotkę Christiana.
- Natasza?- usłyszałam za sobą. Odwrociłam się i zamarłam. Pierwszy raz widziałam Dymitra w garniturze. Wyglądał bosko. Mimo że jestem zwolenniczką much, w ten czerwony krawat, pod kolor mojej sukienki pasuje mu idealnie. A do tego te jego włosy. Aż mi się gorąco zrobiło.
- Dimka?- Tasza wyminęła mnie i przytuliła się do niego.
Że śmiechem obkręcił się z nią dookoła osi, a ja poczułam ukłucie zazdrości. Chciałabym, żeby mnie tak przytulał. Codziennie.
- Co Ty tutaj robisz?- spytał, odstawiając ją na ziemię.
- Mieszkam. Christian to mój siostrzeniec. A ty?
- Przeprowadziliśmy się tu z rodziną i staramy jakoś żyć.
- Ale ty wyrosłeś. I wyprzystojniałeś.
- Ty też się zmieniłaś.
- To wy się znacie?- w końcu odezwał się Christian.
Musiał wyjść z domu, gdy witałam się z jego ciocią, bo teraz ciągnął wózek z prezentami. Dymitr od razu wziął je i zaczął układać pod choinką, a oni ściągnęli kurtki. Tasza miała na sobie granatową, przylegajacą sukienkę do połowy uda na ramiączkach. Z przykrością musiałam przyznać, że wyglądała zabójczo.
- Tak. Przyjażniliśmy się w dzieciństwie, przed wyjazdem do Ciebie.-
Przypomniałam sobie, że coś wspominała, że mieszkała w Rosji. Ale zbieg okoliczności, że się znają.
- Ale ten świat mały- zagwizdał Ozera.- No dobra, to gdzie to jedzenie?
Zatarł dłonie, a Lissa dała mu kuksańca. Zasmialam się i zaprowadziłam ich do jadalni. Goście zachwycali się wystrojem i daniami. Wszyscy usiedliśmy do stołu, a Dymitr polał nam wina i również usiadł, po czym zaczęliśmy rozmawiać.
- To opowiadaj Dimka, jak Ci się żyje w Ameryce?- zagadnęła Tasza, wpatrzona w niego jak w obrazek. Co się dziwić?
- A dobrze. Na początku było ciężko, ale jak tylko się zatrudniłem u ojca Rose, to jest coraz lepiej.- uśmiechnął się do mnie, co odwzajemniłam.
W tym momencie znów zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Zaraz wrócę- uśmiechnęłam się do nich.
Wstałam i podeszłam otworzyć drzwi. Czułam, że Dymitr idzie za mną. Na progu z uśmiechami stały wszystkie Bielikówny. Zoja od razu przytuliła się do moich nóg.
- Hej Lose!
- Hej słoneczko.- wzięłam ją na ręce.- w
Witajcie
- Hej.- wszystkie siostry Dymitra po kolei mnie przytuliły, a między nogami przrbiegł mi Pawka.
- Dzień dobry- uśmiechnęłam się do ich rodzicielki.
- Witaj dziecko- odwzajemniła uśmiech ciepło i podała synowi reklamówki.
- Dzień dobry.- przepuściłam w drzwiach jeszcze najstarszą kobietę.
Odstawiłam na ziemię Zoję i pomogłam jej zdjąć karteczkę. Mała Na sobie piękna biało-liliową sukieneczkę z falbankami, a we włosach liliową opaskę. Karolina ubrała beżową sukienkę, okrytą tiulem z białymi groszkami, również na ramionach. Podszycie kończyło się na biuście, a od pasa do ramion po obu stronach pieły się beżowe, roślinne wzory. Na nadgarstkach była sciągnięta i od nich szła luźna falbanka. Sonia miała różową długą suknię ciążową na ramiączkach, z paskiem na talii i cekinami na biuście. Wiki wyróżniała się od ich delikatnych kreacji. Jako jedyna miała krótką princeskę, w odcieniu ciemnego fioletu. Pod szyją na koronce widniały srebrne wzory. Olena przydziała długą, skromną, bordową suknię na ramiączkach, a na to miała kremowe bolerko. Oczywiście nie kupiły ich same. Wczoraj wzięłam je na zakupy i każdej je sprezentowałam. Musiałam się z nimi wręcz kłócić i w końcu doszliśmy do umowy, że będą mi oddawać w ratach. Tylko Jewa nie chciała nic. Teraz rozumiem czemu. Miała swoją własną kreację. Ubrała białe spodnie i turkusową koszulę. Wszystkie prezentowały się cudownie. A Pawka w garniturze był tak podobny do Dymitra. Sam zainteresowany już rozłożył ciasta od nich i zaczął wkładać prezenty  pod choinkę, gdy dzieci nie patrzyły. Wszyscy podeszliśmy do stołu i wróciliśmy do rozmowy. Nie czekaliśmy dłużej na jeszcze dwóch gości. Przywitałam się z Masonem i Eddym i zaprowadziłam ich do stołu. Wzięliśmy opłatki i podzieliliśmy się nimi. Miło spędziliśmy czas przy jedzeniu, słuchając opowieści Oleny i luźnie rozmawiając. Jedzenie było pyszne, ale jak obiecałam, karpia nie ruszyłam. A w życiu. Dzieci się niecierpliwiły i pozwoliliśmy im w końcu rozdawać prezenty. Usiedliśmy w salonie z ciastkami i ciepłymi napojami, tu kawami i herbatami, a dzieci od razu dopadły choinki i prezentów pod nimi. Zaczęły czytać dla kogo i roznosić, a my rozpakowywać. Zrobiliśmy wcześniej układ, że rodzina Bielikowów dają wspólne prezenty dla każdego od siebie, Lissa z Christianem i Taszą od siebie, a ja i chłopcy osobno. A między sobą już dadzą sobie w domu. Sonia dostała sztalugę i komplet farb z płótnem oraz wyprawkę dla dziecka od reszty, Wiki paletki i piłkę do tenisa, opłacony kurs tańca oraz biżuterię, Karolina książki oraz zestaw kosmetyków. Jewa włóczki, również kosmetyki i płytę z ulubionymi piosenkami rosyjskimi. Pawka drewniany miecz, tarczę, deskorolkę i klocji Lego, a Zoja domek dla lalek nawet wiekszy od niej, wypasioną lalkę księżniczkę i mały samochód, na którym może jeździć. Lissa otrzymała zestaw do hybrydy, wazon z kwietnym wzorem, perfumy i naszyjnik. Tasza łyżwy, opłacony kurs samoobrony, dzień w spa i rękawiczki. Dla Christiana był czarny szalik, zestaw pirotechniczny, młodego chemika i wielką głowę do czesania. Wszyscy pękali że śmiechu, patrząc na to. Ja dostałam zestaw węgli do rysowania, kubek dla najlepszej siostry i biżuterię. No chłopcy to się za bardzo nie wysilili. Dymiyt dostał wodę kolońską, której zapach mi się bardzo podobał i musiała mu ją kupić, gitarę i książki, a Mason i Eddy kubki oraz skarpety. Olena dostała komplet garnków, mikser oraz zestaw talerzy.
- Hej, tu jest jeszcze coś!- Pawka wyciągnął z pod choinki kopertę i podał Olenie.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, patrząc, jak kobieta zaciekawiona otwiera kopertę i wyciąga kartkę. Czytała ją i otwierała coraz szerzej oczy. Dłonią zakryła usta i spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Co jest? Mamo, co się dzieje?- dopytywały kobiety.
- Rose, my... nie możemy tego przyjąć. To za dużo.
- Nie przyjmuję zwrotu. Po za tym, już wszystko jest opłacone. Musicie. I nie ma ale.- od razu uciełam.
- Boże, dziecko, dziękuję- przytuliła mnie płacząc.
Odwzajemniłam uścisk, a Dymitr zabrał kartkę i też przeczytał. Na jego twarzy również pojawił się szok.
- No co to jest?- niecierpliwiły się dziewczyny.
- Opłaciła nasze długi. I kupiła nam mieszkanie.- powiedział dalej w szoku.- Ale Rose...
- Nie ma "Ale". Po kolacji wracacie do domu, pakujecie się i przeprowadzacie. No już, dobrze.- poklepałam kobietę po plecach.
W końcu wszyscy przyjęli to do wiadomości i wróciliśmy do świętowania.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Rozdział 28

- Równanie różniczkowe, to równanie wyznaczające zależność między... nieznaną funkcją, a jej pochodnymi. Rozwiązanie równania różniczkowego polega na... - chodziłam w tę i z powrotem, wkuwając kolejne definicje, aż nagle zobaczyłam, jak Dymitr wchodzi do biura ojca. Niewidzialna ręka popchnęła mnie w tamtym kierunku. Przycisnęłam ucho do drzwi i zaczęłam nasłuchiwać.
- ... że się pan pomylił - usłyszałam spokojny, delikatny głos Rosjanina.
- Ależ skąd? Nigdy się nie mylę - odpowiedział mu mój ojciec. Byłam zaskoczona, że nadal utrzymuje mu się dobry humor.
- Na pewno dostałem za wysoką wypłatę.
Po biurze poniósł się cichy śmiech Abe'a.
- To się nazywa podwyżka.
Przez chwilę panowała cisza.
- Ale za co? - głos Dymitra ledwo słyszalnie zadrgał. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiem, że pomagałeś i nadal pomagasz mojej córce w nauce. To także praca, która wykracza poza zakres twoich obowiązków - odpowiedział gładko ojciec.
- Ale...
- Rose prosiła mnie o to, abym cię dobrze za to wynagrodził. Reklamacje proszę zanosić do niej - przerwał mu Abe z nutą rozbawienia w głosie.
Po paru sekundach usłyszałam zbliżające się kroki. Szybko odsunęłam się od drzwi i czmychnęłam do kuchni. Usiadłam na wysepce kuchennej i zaczęłam wpatrywać się w paznokcie.
- Równanie różniczkowe, to równanie wyznaczające zależność...
Do pomieszczenia wszedł Dymitr. Spojrzał na mnie i powiedział:
-Nie musiałaś tego robić.
Uśmiechnęłam się uroczo.
- Chciałam się jakoś odwdzięczyć. Gdyby nie ty, nie dałabym rady. Poza tym to też jest praca, która wykracza poza zakres twoich obowiązków - użyłam argumentu ojca.
Rosjanin uniósł jedną brew.
- Podsłuchiwałaś? - spytał, podchodząc bliżej.
Pokręciłam przecząco głową.
- Oczywiście, że nie. Nigdy nie zniżyłabym się do czegoś takiego. Po prostu usłyszałam kawałek waszej rozmowy. - Wzruszyłam ramionami.
Dymitr zaśmiał się krótko.
- A teraz lepiej słuchaj i powiedz, czy mówię dobrze - rozkazałam. - Równanie różniczkowe, to równanie...

***

Ucięłam kolejny kawałek taśmy klejącej i skleiłam ze sobą dwa końce papieru ozdobnego. Przyjrzałam się ładnie opakowanemu prezentowi i uśmiechnęłam się.
- Bardzo dobrze, Rose. Jestem z ciebie dumna - pochwaliłam samą siebie.
Chwyciłam resztę prezentów i wszystkie włożyłam na sam tył szafy. Niby nikt mi nie grzebał w pokoju, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Paczki zakryłam dodatkowo płaszczami i sukniami.
Za trzy dni święta i w domu aż wrzało. Rodzice przemycali coś do swojego pokoju i uśmiechali się do mnie tajemniczo. Wobec siebie też się tak zachowywali. No i ja wobec nich. Każdy coś chował, ukrywał, albo wymyślał szybko marne wymówki. Uwielbiałam ten czas.
Dodatkowo trwała już przerwa świąteczna i przez najbliższy tydzień nie musiałam się martwić żadnymi sprawdzianami czy pracami domowymi.
Ubrałam jeden z moich ulubionych puchowych płaszczy i zbiegłam na parter. Wciągnęłam na nogi wysokie kozaki i przejrzałam się w lustrze. W tym samym momencie Dymitr wszedł do przedpokoju i też założył buty.
- Tato! Jesteśmy gotowi! - krzyknęłam.
- Już idę, już idę! Nie popędza się takich staruszków jak ja - usłyszałam odpowiedź ojca. Zaśmiałam się.
Abe założył buty, po czym wyszliśmy na zewnątrz. Na podjeździe czekał na nas jeden z najdroższych pojazdów ojca.
Abe zajął oczywiście miejsce za kierownicą. Zmierzyłam Dymitra wzrokiem, a on obejrzał mnie. Odchrząknęłam.
- Dobra. Gramy w kamień, papier, nożyce. Do pierwszej wygranej. Przegrany siada z tyłu - zakomunikowałam. Rosjanin tylko pokiwał głową z uśmiechem.
Po chwili gramoliłam się z przekleństwami na ustach na tylne siedzenie. Dymitr tylko śmiał się cicho pod nosem. Za to Abe nie próbował udawać, że go to nie śmieszy.
- Ale z powrotem się zamieniamy - zarządziłam, krzyżując ramiona na piersi.
- Jak panienka sobie życzy - odpowiedział Dymitr.
Gdyby nie siedział z przodu, dostałby ode mnie potężnego kuksańca za tą "panienkę".
Abe ruszył z piskiem opon. Nigdy nie zawracał sobie głowy ograniczeniami prędkości. Zastanawiałam się, czy Dymitr to wytrzyma. Niestety wytrzymał.
Parking należący do galerii wypełniony był po brzegi. Oczywiście, były to problem, ale Abe miał tutaj swoje prywatne, wykupione miejsce. Cóż, bycie bogatym zdecydowanie ułatwiało życie.
Weszliśmy do galerii, która pełna była ludzi. Wszyscy biegali do kolejnych sklepików z setką toreb z rękach. Jedni śmiali się głośno, inni wściekali. Uroki świąt.
- To co musimy kupić? - spytał Abe, rozglądając się dookoła.
- Lampki na choinkę i dom, wszystkie potrzebne składniki na potrawy... I parę rzeczy, które stwierdzimy, że "na pewno się przydadzą". - Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
Ojciec pokiwał głową.
- I nie zapominajmy o samej choince - dodałam.
- Proponuję zacząć od lampek - odpowiedział Abe, po czym przyśpieszył, ruszając w stronę odpowiedniego sklepu. Coś mi się przypomniało. Uśmiechnęłam się diabelsko.
- Tylko się nie zmęcz, staruszku! - krzyknęłam za nim.
Abe odwrócił się i uniósł brew.
- Uważaj, bo...
- Ale przecież sam powiedziałeś, że jesteś staruszkiem - przerwałam mu, spoglądając na niego niewinnie.
Ojciec otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
- W sumie racja - mruknął.
Zaśmiałam się głośno, ale zrównałam się z nim. Dymitr szedł cicho za nami, ciągle się uśmiechając.
I wtedy zobaczyłam te piękne puchate rękawiczki na wystawie w komplecie z cudownym płaszczem.
Stanęłam jak wryta, zatrzymując jednocześnie ojca. Uwiesiłam się na jego ramieniu i spojrzałam na niego, mrugając słodko.
- Tatooo - przechyliłam głowę w stronę wystawy. - Kupisz mi ten piękny zestaw, który nawiedza mnie co dzień we śnie i woła, że mam go wydostać z tego sklepu, który go tak źle traktuje?
Abe podszedł do wystawy. Nie spuszczałam z niego wzroku, mówiącego "jestem najcudowniejszą córką na świecie przecież". W końcu wzruszył ramionami.
- Skoro ci się podoba.
Zapiszczałam krótko i wbiegłam do sklepu. Porwałam szybko płaszcz i rękawiczki, bojąc się, że ktoś może mi go zgarnąć sprzed nosa. Tymczasem Abe podszedł już do kasy. Zapłacił za zakupy, po czym wróciliśmy na ścieżkę wiodącą nas prosto do lampek.
Tam zaczęliśmy się kłócić. No ale to nie moja wina, że mi się bardziej podobały kolorowe światełka, a tacie białe. Kłóciliśmy się tak bardzo, że w końcu zadzwoniliśmy do Janine, aby rozstrzygnęła nasz spór. Wygrałam.
Ojciec szedł naburmuszony do spożywczaka.
- Oj, no przecież to tylko lampki - poklepałam go po ramieniu.
- Lepiej nic nie mów, bo zwrócę ten twój płaszcz - odpowiedział.
- Ha! Najpierw musiałbyś mi go odebrać! - przytuliłam płaszcz do piersi i ukryłam w nim twarz. Nie istniała taka siła, która wyrwałaby mi moją zdobycz.
W sklepie spożywczym w końcu odezwał się Dymitr. No, bardziej rzucał pojedyncze słowa, kiedy pytałam go, co potrzebuje. Nie wiedziałam, czy to przez obecność ojca, czy może coś jeszcze innego.
Kupiliśmy wszystko do jedzenia i poszliśmy po choinkę. O dziwo nie kupiliśmy niczego poza planowanymi rzeczami. No, nie licząc mojego płaszcza i rękawiczek. Wróciliśmy do samochodu obładowani siatkami.

***

Kończyliśmy jeść obiad, kiedy Abe odchrząknął i wyprostował się. Dymitr wszedł, aby zabrać naczynia.
- Rose... - zaczął ojciec. - Jest taka sytuacja, że Steve nie może zostać tutaj na święta, bo jego babka... cóż, jest z nią źle i chce spędzić z nią prawdopodobnie jej ostatnie chwile.
Zmarszczyłam brwi.
- Oj... To smutne - powiedziałam.
- Tak... To znaczy też, że nie ma kto z tobą zostać. A nie chcę zostawiać cię samej.
Fakt. Ja też nie chciałam zbytnio zostawać sama. Nie po tym, co odwalił Jesse. Ale z drugiej strony spędzić święta u kuzynów... Musiałam zdecydować co wybrać. Czego obawiam się bardziej?
- Dobrze, pojadę z wami - odparłam zrezygnowana.
- Nie robię tego specjalnie - powiedział szybko Abe. - Naprawdę. Ale po prostu się o ciebie martwię. Gdybyś miała tu zostać sama, nie spędziłbym tych świąt spokojnie.
Pokiwałam głową. Oczywiście, że rozumiałam. Ja sama nie byłabym tu spokojna.
- Ja mogę zostać z Rose - wtrącił cicho Dymitr.
Podniosłam na niego wzrok. Patrzył na mnie kątem oka.
- Jesteś pewny? - spytał ojciec.
- Tak, panie Mazur.
- Nie możesz - zauważyłam. - Przecież masz własną rodzinę, a to są święta...
- Nie muszę spędzać świąt z rodziną. Tak się składa, że jestem już dorosły - uśmiechnął się delikatnie.
Abe machnął ręką.
- Oczywiście zapłacę ci za te dni więcej - powiedział.
Dymitr skinął głową.
- A więc postanowione. Rose, możesz jednak zostać w domu.
Poczekałam, aż Dymitr zabrał talerze i zniknął w kuchni. Rodzice poszli do swoich spraw. Wtedy wstałam od stołu i poszłam do Rosjanina.
- Nie musiałeś tego robić - zaczęłam. - Przecież to święta! Siostry i mama na pewno będą smutne, że nie będzie cię na święta w domu.
- To nic takiego, spokojnie. Wiem, jak bardzo ci zależy na zostaniu w domu- obdarzył mnie uśmiechem.- A po za tym, spędzę z nimi wigilię tutaj, nie? Szkoda wszysko odwoływać, jak już goście zaproszeni, prezenty kupione...
- A co ze świętami? - jęknęłam.
- Je mogę spędzić z tobą - powiedział z mocą. Potem dodał trochę ciszej: - I zawsze to jest jakiś dodatek, dzięki któremu szybciej otworzę restaurację.
Nadal było mi przykro, że nie spędzi świąt z rodziną, ale byłam jednocześnie bardzo wdzięczna. Nie umiałabym tego wyrazić słowami, więc po prostu do niego podeszłam i go przytuliłam.
___________________________________

Hej, hej, dzisiaj notkę pisze Marta Solenizantka 😂 Tak, tak jakoś wyszło, że mam dzisiaj urodzinki i postanowiłam, że z tej okazji to ja Wam zrobię prezent i oto jest kolejny rozdział!

Kochamy Was! 💖

poniedziałek, 9 lipca 2018

Rozdział 27

Siedzieliśmy przy wysepce kuchennej i zajadaliśmy pizzę, którą sami zrobiliśmy.Wybraliśmy dość nietypowe dodatki takie jak żelki, chipsy paprykowe czy pianki. Do tego zaryzykowaliśmy posmarowanie połowy ciasta nutellą. Niczego nie żałuję. Pizza wyszła przepyszna! Oczywiście to ja zjadłam większość części z nutellą. Walczyłam jak lew o każdy kawałek. Dymitr miał ze mnie niezły ubaw.
- Spokojnie, Rose. Możemy zrobić kolejną pizzę kiedy tylko zechcesz - zaśmiał się, kiedy niemal wyrwałam mu kawałek z ręki.
- Ale ja chcę akurat tą pizzę - wyjaśniłam, wgryzając się w ostatnią już część dania.
- A co ja ci poradzę, że prawie całą zjadłaś? - spytał z uśmiechem.
Udałam oburzenie.
- Ja? A ty to niby tylko patrzyłeś?
Dymitr uniósł jedną brew. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jego wzrok przyciągał, tonęłam w jego oczach, byłam teraz więźniem jego spojrzenia i nic nie mogło mnie już uratować.
- Uważasz, że nie powinienem był jej jeść?
Jego łagodny, aksamitny głos wyrwał mnie z zamyślenia. Otrząsnęłam się.
- Nie, oczywiście, że nie! Nie mam zamiaru cię tu głodzić - zachichotałam. - Po prostu mi smakuje i mam ochotę na więcej - powiedziałam, kończąc jeść.
Wzięliśmy swoje talerze i włożyliśmy je do zmywarki. Oparłam się o blat i spojrzałam na Rosjanina. Przechyliłam lekko głowę. Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, ale Dymitr mnie ubiegł.
- Niedługo masz studniówkę, prawda? - zagadnął.
Skinęłam głową.
- Wiesz już, jak to będzie wyglądać? - spytał. Naprawdę był ciekaw.
Odrzuciłam włosy do tyłu.
- Jutro jadę kupić jakąś sukienkę i buty - wzruszyłam ramionami.
- Ktoś już cię zaprosił?
- Nie - pokręciłam głową. - Wiesz, miałam iść z Jessem, ale w tej sytuacji... Spytam Eddiego. Raczej też nie ma pary, więc pójdziemy jako przyjaciele.
Ostatnio się nad tym zastanawiałam. Kiedy jeszcze chodziłam z Jessem, nie było wątpliwości, że pójdziemy razem. Jednak po zerwaniu zostałam bez pary. Wiedziałam, że Eddie żadnej dziewczyny jeszcze nie zaprosił, a trzyma się z naszą paczką, więc nie będzie miał nic przeciwko pójścia ze mną.
- Najbardziej przeraża mnie to, że będę musiała tańczyć - oświadczyłam.
- Nie lubisz, czy nie umiesz? - zapytał Dymitr.
Westchnęłam.
- I nie lubię, i nie umiem. Czasem na jakichś rodzinnych uroczystościach tańczyłam z tatą. Tylko on jeden znosi to, że depczę mu po stopach - zaśmiałam się.
Jestem marzycielką i często wyobrażałam sobie, że jestem na balu, albo na własnym weselu i tańczę z jakimś mega przystojnym mężczyzną. Suniemy po parkiecie, a wszyscy się nam przyglądają i nam zazdroszczą takiego talentu... Dzisiaj wiem, że to nierealne.
- Na pewno nie jest tak źle jak mówisz - stwierdził Rosjanin.
- Masz racje, jest dużo gorzej - przyznałam z szerokim uśmiechem.
Dymitr wzruszył ramionami.
- Skoro tak twierdzisz. Ale nie musisz się bać, przecież nauczą was poloneza, albo walca... Zależy co wybiorą.
Wydęłam usta niezadowolona.
- Nie lubię tańczyć - jęknęłam. - To moja najsłabsza strona.
Tym razem to Rosjanin przechylił głowę, skanując mnie spojrzeniem. Poczułam, że zaczynam się rumienić. Szlag.
Zwiesiłam głowę, próbując zakryć twarz włosami.
- A ja uważam, że jeżeli trochę poćwiczysz i przyłożysz się, gdy będą was uczyć, będziesz tańczyć lepiej od swoich rówieśników - powiedział powoli. Jego głos był niski, lekko zachrypnięty. Przeszły mnie dreszcze. Jeszcze nikt nigdy nie działał na mnie tak jak on. To było wręcz przerażające.
- Chyba za bardzo we mnie wierzysz - zaśmiałam się.
Dymitr posłał mi jeden z tych swoich uroczych uśmiechów, które tak pokochałam. Przeczesałam włosy palcami.
- To co teraz robimy? - spytałam. 
Przez chwilę Rosjanin przyglądał mi się, a ja poczułam, że robi mi się gorąco. To zdecydowanie nie jest normalna reakcja z mojej strony. Jeszcze na nikogo nie reagowałam tak, jak na niego. Nawet na Jessego zanim ze sobą zaczęliśmy chodzić. I pomyśleć, że wtedy uważałam go za idealnego kandydata na chłopaka...
- Nie wiem jak ty, ale ja powinienem trochę tu posprzątać... - zaczął Dymitr, ale natychmiast mu przerwałam.
- Z chęcią ci pomogę! Powiedz tylko co mam robić - uśmiechnęłam się szeroko.
Dymitr uniósł brew. W jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia.
- Od kiedy jesteś taka chętna do sprzątania? - spytał.
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Hej, już to przerabialiśmy, towarzyszu - rzuciłam, udając powagę.
- Dobrze, dobrze. Możesz mi pomóc, tylko nie wylewaj już więcej wody, zgoda? - spojrzał na mnie znacząco. Zmrużyłam oczy.
- Rozumiem, że nie dasz mi żyć - westchnęłam. - Okej, zero zabawy, kiedy sprzątamy, rozumiem.To co mam robić?

***

Kiedy rodzice wrócili do domu, mieliśmy już wszystko sprzątnięte. Oczywiście nie obyło się bez wygłupów, ale niczego nie rozlałam ani nie pobrudziłam.
Dymitr zrobił szybko obiad, a ja stałam z boku i go dopingowałam. Raz po raz wybuchaliśmy śmiechem. Wtem usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Dobiegł nas śmiech moich rodziców. Naraz przypomniało mi się, że jadę dzisiaj z mamą na zakupy. Miałam w planach kupić najpiękniejszą sukienkę na studniówkę, jaką świat widział.

***

- A ta? - Janine zdjęła z wieszaka długą, czerwoną suknię. Góra była koronkowa, a od talii materiał spływał delikatnie do ziemi. Po prawej było rozcięcie do połowy uda.
Przyjrzałam się kreacji, ale po chwili potrząsnęłam głową. To jeszcze nie było to, czego szukałam.
Mama przewróciła oczami i odwiesiła sukienkę z powrotem. Czułam, że mimo wszystko zaczyna tracić cierpliwość. Od ponad godziny tkwiłyśmy w tym sklepie i szukałyśmy odpowiedniej sukienki.
Już miałam zrezygnować, kiedy ją zobaczyłam. Dosłownie słyszałam, jak mnie woła.
Niemal podbiegłam do wieszaka, zdjęłam sukienkę i pognałam do przymierzalni.
Założyłam suknię na siebie i obejrzałam się w lustrze. Ten, kto ją uszył, chyba nie pochodzi z tego świata. Materiał był błękitny, jednak ledwo było go widać przez tysiące, jeśli nie miliony maleńkich diamencików. Były dosłownie wszędzie. Z daleka wyglądała, jakby była zrobiona tylko z nich, jakby w ogóle nie było tu materiału. Dekolt nie był ani za głęboki, ani za wysoki. Niemal całe plecy były odkryte. Długie rękawy zwieńczone zostały trójkątem z pierścieniem na końcu, w który wsadzało się środkowy palec. Kiedy się obracałam, diamenciki lśniły jak tysiąc gwiazd na nocnym niebie. Zupełnie, jakby ktoś pozdejmował gwiazdeczki i nałożył je na materiał.
Nie mogłam się napatrzyć. Każdemu ruchowi towarzyszył cichutki szmer ocierających się klejnotów. Tak, to była moja sukienka. To jej szukałam.
Wyszłam z przymierzalni, aby pokazać się mamie. Ta, zanim zdołała się odezwać, otworzyła szeroko oczy i wpatrywała się we mnie z rozdziawioną buzią. Obróciłam się raz, a diamenciki zalśniły odbijając światła lamp.
- Wspaniała, prawda? - Bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Wspaniała to mało powiedziane. To prawdziwe cudo! - Janine podeszła do mnie i przejechała delikatnie dłonią po klejnocikach.
Uśmiechnęłam się tylko i wróciłam za kotarę, aby się przebrać. Przy okazji sprawdziłam cenę sukienki. Cóż, może i nie należała do najtańszych, ale z majątkiem mojego ojca było mnie stać na setki takich sukienek.
Kupiłam jeszcze śliczną, zgrabną tiarę. Postanowiłam zostać królową balu. Dokupiłam także długie kolczyki z brylancikami, parę ozdobnych szpil do włosów, błękitną kopertówkę i buty na wysokim obcasie, które też wyglądały, jakby całe zrobione były z tysięcy klejnotów. Skorzystałam z okazji i kupiłam jeszcze trochę pasujących do kreacji kosmetyków.
To były chyba najdroższe zakupy w moim życiu, ale jak szaleć to szaleć. Ojciec i tak nie zwróci na to uwagi, skoro co jakiś czas kupuje coraz to nowsze auta. Cena moich zakupów to pikuś z cenami jego pojazdów.

***

Wróciłyśmy do domu w dobrym humorze. Ze zdziwieniem odkryłam, że Abe również ciągle się uśmiecha. Nie wiedziałam, czy udało mu się coś w pracy, czy może kupił kolejny samochód. Jednak nie miałam zamiaru pytać; prędzej czy później i tak się dowiem.
Schowałam swoje nowe nabytki w pokoju, po czym zeszłam na parter. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć Dymitra.
- Puściłem go dzisiaj szybciej do domu - oznajmił nadal z uśmiechem Abe, kiedy po raz dziesiąty przeszłam przez salon. Uniosłam brwi i przystanęłam.
- Och. - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wykrztusić. Trochę się rozczarowałam. Miałam nadzieję, że spędzimy razem resztę dnia... Jednak niczego nie dałam po sobie poznać. Wzruszyłam tylko ramionami i wróciłam do swojego pokoju.

***

W poniedziałek w szkole coś mi nie pasowało. Przez pierwsze parę lekcji nie mogłam ustalić, co to takiego, jednak już w południe uzyskałam odpowiedź. Jesse wpatrywał się ciągle we mnie... z wściekłością? Strachem? A może jednym i drugim? Postanowiłam go zignorować. Chyba nie chciałam wiedzieć, co wymyślił tym razem.
Razem z Lissą udałyśmy się na lunch. Christian rozchorował się w sobotę, przez co miałam teraz przyjaciółkę tylko dla siebie. Masona i Eddiego również nie było, gdyż pojechali na zawody sportowe. Poniekąd cieszyłam się, że spędzę choć trochę czasu sam na sam z Lissą.
Siedziałyśmy przy stoliku i rozmawiałyśmy o najbliższej kartkówce z chemii, zajadając pyszną sałatkę owocową. Rzadko kiedy udawało się przechwycić w stołówce jakieś dobre jedzenie. W pewnym momencie podszedł do nas Jesse.
- Ty - warknął, celując we mnie palcem. Lissa już chciała stanąć w mojej obronie, jednak oparłam łokcie na blacie i brodę na dłoniach, udając zimną obojętność.
- Jesse, nie mam najmniejszej ochoty z tobą dyskutować - odparłam, nie patrząc na niego.
W odpowiedzi usłyszałam cichy warkot.
- Więc stąd macie tyle szmalu, tak? - Jego głos lekko drżał. Użyłam całej siły woli, aby zachować obojętny wyraz twarzy. O czym on mówił?
- Nie wiem, co ty tam sobie wymyśliłeś, ale nie chcę cię słuchać - rzuciłam, machając dłonią na znak, że ma odejść. Jednak chłopak nie ruszył się z miejsca.
- Kto by pomyślał, że taka rodzina zarabia dzięki kontaktom z bandytami. Ale z drugiej strony jak uczciwie można zarobić tyle pieniędzy? A może twój ojczulek jest szefem tego gangu, co?
Wyszczerzyłam niebezpiecznie zęby. Jak on śmiał?!
- Chyba coś ci się przyśniło. Zostaw mojego ojca w spokoju - warknęłam.
Kąciki jego ust powędrowały w górę.
- Czyli mam rację. Twój ojciec jest przestępcą! Nie, szefem grupy przestępczej!
Zerwałam się na równe nogi.
- To porządny, uczciwy człowiek interesu. Weź ty się pizdnij w łeb, pajacu. Nie dam oczerniać mojego ojca!
Po tych słowach złapałam szklankę z wodą i wylałam jej zawartość na Jessego. Nie czekając na reakcję, razem z Lissą opuściłyśmy stołówkę.

***

Weszłam zmarznięta do domu. Temperatura cały czas malała i sypało coraz więcej śniegu. Nos miałam różowy od zimna, policzki zarumienione, a uszy czerwone. Chuchnęłam na dłonie i potarłam je. Zauważyłam, że w gabinecie ojca pali się światło. Postanowiłam go zagadnąć. Nie wiem czemu, ale słowa Jessego nie dawały mi spokoju.
Weszłam do pomieszczenia. Abe siedział przy biurku i pił kawę.
- Co tam, córeczko? - spytał, podnosząc na mnie wzrok. Rozpostarł się wygodnie na krześle i upił łyk gorącego napoju.
- Tato... Załatwiasz jakieś czarne interesy? - spytałam. Dopiero wypowiedziane na głos zabrzmiało głupio. Gdyby nie fakt, że i tak byłam już zarumieniona, spłonęłabym na oczach ojca.
Abe tylko uśmiechnął się niewinnie.
- Oczywiście, że nie, córcia. Jestem porządnym, uczciwym człowiekiem interesu.
Miałam ochotę parsknąć śmiechem, słysząc własne słowa. Poczułam ulgę, że ojciec nie zaczął na mnie wrzeszczeć, że podejrzewam go o coś takiego.
___________________________________________________________________________
TAK! Wracamy! Wiemy, że długo nas nie było, przepraszamy za to, ale teraz jesteśmy. Mamy nadzieję, że wrócicie i będziecie czytać dalsze losy Romitri. Rozdziały będą... jak będą to będą😂😅 W wakacje nie łatwo pisać codziennie. Zobaczymy jak pozwoli nam czas. Pamiętajcie że kochamy was. Miłych wakacji 💖💖💖

piątek, 2 lutego 2018

Rozdział 26

W moim kubku została już tylko połowa gorącej czekolady. Jeździłam palcem po brzegu naczynia. Rozmawialiśmy sobie o mało istotnych rzeczach. W pewnym momencie zapadła cisza, a ja zagłębiłam się we własnych myślach.
- O czym tak myślisz?- na ziemię sprowadził mnie miękki głos Dymitra.
- Hem?- zamrugałam kilka razy zbita z tropu.
- O czym myślisz?- powtórzył z uśmiechem. W jego oczach błysło rozbawienie.
- A o niczym takim- wzięłam kolejny łyk napoju.
Między nami znowu zapadła cisza. W końcu sama postawiłam ją przerwać.
- Mój tato zgodził się, żebym tu została na święta.
- To wspaniale- uśmiechnął się.- Bardzo ci na tym zależało, prawda?
- Tak - również moje kąciki ust się uniosły.- Tylko chciałabym spędzić je z przyjaciółmi, ale oni zapewne będą ze swoimi rodzinami. I nie wiem, co zrobić, żeby to pogodzić.
Dymitr przez chwilę myślał, drapiąc się po brodzie. Uwielbiałam się mu przeglądać , a teraz mogłam to robić bez przeszkód, bo patrzył nieobecnym wzrokiem gdzieś w dal. Co jakiś czas marszczył czoło. Taki zamyślony był jeszcze bardziej pociągający niż zazwyczaj. Rose, o czym ty myślisz?
- Wiesz, u nas w Rosji święta wyglądają trochę inaczej. My zawsze dzień przed robimy uroczystą kolację, gdzie spotkamy się całą rodziną i spędzamy razem czas. To właśnie noc w wigilię Bożego Narodzenia jest najważniejszym świętem.
- No tak! Jesteś genialny!- zawołałam na całą kawiarnię, ale zakochana para pod przeciwległą ścianą nawet tego nie usłyszała.- To jest to. Zaproszę przyjaciół na wigilię. A może... - spojrzałam na niego z nadzieją. - A może wy też przyjdźcie?
- My?- zdziwił się.
- No tak. Ty i cała twoja rodzina.
- No nie wiem...
- Proszę. Bo będę miała wyrzuty sumienia, że mi pomagasz przygotować, a im nie.
- Słucham?- zaśmiał się. Po chwili nachylił się w moją stronę, opierając przedramiona na stoliku.- A skąd pewność, że ci pomogę?
- No jesteś naszą pomocą domową, a to nie jest dzień wolny od pracy- uśmiechnęłam się triumfalnie. - Po za tym chyba nie narazisz mnie na więzienie za to, że otrułam swoich gości. A po trzecie, chciałam też zrobić kilka potraw z rosyjskiej kuchni, jeśli ma być twoja rodzina. To jak? Zgodzisz się?- spojrzałam na niego słodkimi oczami. Jeszcze nikt im się nie oparł.
- No dobrze - uległ. - Pomogę ci. A co do wigilii, to spytam dziewczyn. Ale nic nie obiecuję.
- Ale masz być przekonujący. Po za tym, nie chcę, żeby dzieciaki miały wigilię w takich warunkach. Tam przecież nawet strach je puścić na kolędowanie- wzdrygnęłam się.
- Nie jest tam aż tak źle - wzruszył ramionami, a ja tylko na niego popatrzyłam z niedowierzaniem.
- Nie jest tak źle? Wszystko śmierdzi, brudno, robale i jeszcze kręcą się podejrzani ludzie. Gdybyś nie umiał walczyć, to by pewnie twoja mama cię przez świtem z domu nie wypuszczała.
- I tak ledwo puszcza - krzywi się.
- No widzisz! Musisz je przekonać. A jak nie, to z paczką tam przyjadę i was porwiemy.
- Czasami nie wiem, czy się ciebie bać, czy nie.
- Oj bój się, bój - uśmiechnęłam się cwanie, dopijając czekoladę.- To co? Wracamy? - spytałam, widząc, że jego kubek też jest już pusty.
- Możemy - kiwnął głową.
W tym samym czasie wstaliśmy i zaczęliśmy się ubierać.

***

- Przecież to nie ma sensu! - jęknęłam, przewracając się i upadając na stos poduszek.
- No właśnie ma sens - odpowiedział Dymitr.
- Nie, nie ma - westchnęłam, ale się podniosłam. Wzięłam ołówek do ręki i stuknęłam nim w podręcznik od fizyki. - No zobacz tylko. Jak to w ogóle brzmi?
- Jeżeli się nad tym dobrze zastanowisz, to całkiem sensownie.
Przetarłam twarz dłońmi.
- Yyyyy... Nie wiem jak ty możesz tu widzieć cokolwiek sensownego. Wiesz co? Stwierdzam, że matematyka jest jednak łatwiejsza - odrzuciłam ołówek.
Może i zrozumiałam coś więcej, ale i tak uważałam to za bezsensowne.
- Bo w matematyce wystarczy umieć wzory - wytłumaczył.
Pomasowałam zdrętwiałą nogę. Nie wiem, ile siedzieliśmy nad książkami. Wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł.
- Chodźmy na dwór! - zawołałam tak nagle, że Dymitr podskoczył. Zaśmiałam się głośno. Rosjanin złapał się za serce i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Nie strasz mnie tak więcej - poprosił.
Nadal się śmiałam. Powoli zaczynał mnie boleć brzuch.
- Nie wiedziałam, że się wystraszysz! - powiedziałam pomiędzy falami śmiechu, po czym położyłam się na plecach i przeturlałam na drugi koniec kanapy.
- Rose, co się dzieje? - spytał rozbawiony Rosjanin.
Zatrzymałam się na brzegu kanapy. Zaczęłam machać nogami, próbując się uspokoić. Do moich oczu napłynęły łzy śmiechu.
- Nie wiem! - zachichotałam, łapiąc się za bolący brzuch.
Usłyszałam śmiech Dymitra. Nie ma na świecie cudowniejszego dźwięku. Mogę się o to założyć.
W końcu się uspokoiłam. Wytarłam mokre oczy i policzki, a następnie usiadłam.
- To co, idziemy na dwór? - spytałam.
Przez chwilę Rosjanin wpatrywał się we mnie czujnie.
- Możemy - odparł.
Już po chwili staliśmy na zewnątrz. Od razu wzięłam w garść trochę śniegu, ubiłam go w kulkę i rzuciłam w Dymitra.
- Wyzywam cię na pojedynek - wymierzyłam w niego palcem. - Zrobimy bitwę na śnieżki. Kto oberwie więcej razy przegrywa.
Dymitr uśmiechnął się chytrze i skrzyżował ramiona na piersi.
- Dobra. Jaka jest nagroda?
Zamyśliłam się.
- Może... Przegrany robi wygranemu pizzę - rzuciłam z uśmiechem.
- Robi? - upewnił się.
- Robi - odparłam. - Nie można kupić i włożyć do piekarnika. Nie-e, trzeba samemu zrobić ciasto i całą tą resztę.
Rosjanin roześmiał się.
- Chętnie zobaczę, jak gotujesz - przyznał ze śmiechem.
Zmrużyłam oczy.
- Żebyś się nie zdziwił, towarzyszu.
Już po chwili biegaliśmy po całym podwórku. Raz ja uciekałam przed Dymitrem, raz on przede mną. Po paru minutach moje ubrania były mokre od śniegu, podobnie jak ubrania Rosjanina. Mimo to nie zamierzaliśmy wracać do domu. Zbyt dobrze się bawiliśmy.
Zakończyliśmy szaloną bitwę dopiero kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi.
- To ile razy oberwałeś? - spytałam, strzepując z siebie biały puch.
- Wiesz, po trzydziestej śnieżce przestałem liczyć - zaśmiał się.
- Tak jak ja - stwierdziłam. - Czyli robimy pizzę razem.
Ruszyliśmy do domu. Dymitr nie zdążył zrobić nawet pięciu kroków, kiedy wskoczyłam mu na plecy.
- Hej, a ty co robisz? - spytał, przytrzymując mnie, żebym nie spadła.
Uśmiechnęłam się i pochyliłam tak, że oparłam brodę na głowie mężczyzny.
- Załatwiam sobie podwózkę - odparłam ze śmiechem. Wyciągnęłam rękę i pokazałam na drzwi. - No, do domku! Patataj!
Dymitr wybuchł śmiechem. Uwielbiałam, kiedy się tak śmiał.
Posłusznie ruszył do drzwi. Przytuliłam się do niego, żeby nie spaść. Czułam się tak bezpieczniej. Ale nawet to nic nie dało...
Tuż przed drzwiami Dymitr niespodziewanie zrzucił mnie z siebie prosto w zaspę śniegu. Zapadłam się parę centymetrów w biały puch. Rosjanin stał nade mną i słodko się uśmiechał.
- Ups. Powóz się popsuł - zachichotał. Spiorunowałam go wzrokiem. - Gdyby spojrzenie mogło zabijać, to zacząłbym się martwić o swoje życie - przyznał.
Zaczęłam wymachiwać rękoma. Chciałam go złapać i również przewrócić, jednak odsunął się na bezpieczną odległość.
- Ja na twoim miejscu już bym się bała o życie - warknęłam. Po chwili jednak przestałam się wierzgać i udałam, że płaczę. - Pomożesz mi chociaż wstać? - spytałam, robiąc słodką minkę i wyciągając rękę w jego stronę.
- A nie będziesz próbowała mnie zabić? Wiesz, chciałbym jeszcze trochę pożyć - wzruszył ramionami.
- Nie będę. Pomóż mi wstać, proszę - jęknęłam.
- No dobrze.
Ujął moją dłoń i pociągnął w górę. Stanęłam na nogach, ale zachwiałam się i musiałam oprzeć się o tors Dymitra, żeby znów nie upaść. Trwało to ułamek sekundy, ale dla mnie czas się zatrzymał. Mimo że miałam na sobie grubą kurtkę, czułam jego ciepłą dłoń na moim ramieniu. Owionął mnie zapach jego wody po goleniu.
Jednak odsunęliśmy się od siebie i ruszyliśmy do domu. Dymitr nie zwrócił uwagi na tę chwilę bliskości, jednak ja czułam, że znowu się rumienię. Zakryłam twarz włosami i weszłam do budynku.
Powiesiliśmy swoje kurtki na wieszak i zdjęliśmy buty.
- Zaraz przyjdę, tylko na chwilkę skoczę na górę - powiedziałam. Dymitr skinął głową, a ja wbiegłam na piętro.
Weszłam do pokoju i sprawdziłam komórkę. Nikt nie dzwonił, nikt nie pisał. Świetnie.
Potem poszłam do łazienki i uczesałam włosy. Po zabawie na dworze byłam nieźle rozczochrana. A przy Dymitrze chciałam wyglądać idealnie.
Zeszłam na parter i weszłam do kuchni. Jednak nie zastałam tam Rosjanina. Nie było go też w salonie ani w jadalni. Zmrużyłam oczy. Może poszedł do łazienki? Nie, tam nie ma okna, a w środku jest ciemno. Przygryzłam wargę, rozglądając się dookoła. Jego kurtka i buty były na miejscu.
- Dymitr? - zawołałam go niepewnie. Poczułam się dziwnie.
Usłyszałam dziwny odgłos dochodzący z sąsiedniego korytarza. Tam, gdzie znajduje się tylne wejście. Momentalnie zbladłam.
Nikt się nie włamał, to na pewno Dymitr. Przecież nigdzie tak nagle nie mógł zniknąć. Prawda?
Weszłam do korytarza i powoli podeszłam do drzwi... które były uchylone. Tego było za dużo!
Serce podskoczyło mi do gardła. To za bardzo przypominało sytuację z Jessem.
Czemu tu nie było żadnej lampy? Zacisnęłam zęby i powoli podeszłam do zimna. Do środka wpadało mroźne powietrze. Zadrżałam z zimna, ale ledwo to zauważyłam przez strach.
Nie ma lampy, nie ma okna, zawsze jest tu ciemno. Kto projektował ten dom?! Rozejrzałam się, ale nic nie wiedziałam w tych egipskich ciemnościach.
Objęłam się ramionami i roztarłam zmarznięte ręce. Sama już nie wiedziałam, czy drżę ze strachu czy z zimna.
Szybko zaczęłam oddalać się od tylnego wejścia, ale w połowie korytarza ktoś mnie złapał. Jedną ręką zakrył mi usta, a drugą złapał za nadgarstki i przycisnął je do mojego brzucha. Pisnęłam ze strachu.
Myślałam, że zaraz się rozpłaczę. Czy ja naprawdę musiałam mieć takiego pecha?
Udało mi się wydostać jedną rękę w uścisku, jednak mój przeciwnik był niezwykle silny. Ogarnęła mnie furia. Nie chcę być ciągle ofiarą! Przypomniałam sobie szybko, co mówił Dymitr. "Używaj więcej łokci".
Bez wahania dźgnęłam intruza w brzuch z całej siły. Napastnik odskoczył do tyłu, a ja to wykorzystałam i dodatkowo kopnęłam go.
- Ty popaprańcu! - zaczęłam się drzeć. Miałam nadzieję, że Dymitr mnie usłyszy i zaraz przybędzie mi z pomocą. Przestałam się już zastanawiać gdzie był, ważne, żeby wrócił.
Tymczasem postanowiłam sama się bronić. Byłam we własnym domu, miałam przewagę. Złapał szybko pierwszą rzecz, jaką miałam pod ręką. Okazało się, że wzięłam parasolkę. Hmm, ciekawe czy okaże się równie dobra jak patelnia?
Wymierzyłam przedmiotem w napastnika. Nie widziałam go dokładnie, tylko lekki zarys sylwetki.
- Mówiłem, że się nauczysz - odezwał się.
Poznałabym ten głos wszędzie. Poczułam, jak resztki krwi odpływają mi z twarzy. Opuściłam parasolkę i odłożyłam na swoje miejsce. Nie spuszczałam mężczyzny z oczu.
- No ty sobie chyba żartujesz - mruknęłam. Nagle poczułam się niezwykle zmęczona. Nie miałam na nic sił. - Wiesz jak mnie przestraszyłeś! - krzyknęłam z niedowierzaniem.
Dymitr wyszedł z cienia.
- Gdybyś wiedziała, że to ja, nie zaatakowałabyś - odparł spokojnie.
- Fakt. Nie zaatakowałabym cię. Przecież mogłam ci zrobić krzywdę!
Rosjanin cicho się zaśmiał.
- Tak, tym razem zabolało, ale nic mi nie zrobiłaś.
Zmarszczyłam brwi.
- Przestraszyłeś mnie - powtórzyłam, opierając się o ścianę i przymykając oczy. Jednak mimo wszystko okazało się, że krótka lekcja samoobrony nie była bezowocna. Udało mi się wydostać z uścisku naprawdę silnego mężczyzny. Teraz dałabym sobie radę nawet z Jessem.
- Przynajmniej pokazałaś, że umiesz się obronić. Nie będziesz teraz spokojniejsza? - spytał łagodnie. I jak tu się na niego gniewać? Nagle cała sytuacja wydała mi się śmieszna. Wybuchłam śmiechem.
- Będę. Chodźmy robić tą pizzę, bo teraz już naprawdę jestem głodna - odparłam, wciąż się śmiejąc.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Rozdział 25

DYMITR

Włożyłem klucz do zamka i przekręciłem go. Otworzyłem po cichu drzwi, wyjąłem klucz, a następnie wszedłem do mieszkania. Zdjąłem kurtkę i buty, po czym zajrzałem do małego saloniku. Karolina siedziała na kanapie i zaplatała Zoji dwa warkoczyki. Sonia siedziała koło niej. W rękach trzymała jakieś kolorowe czasopismo. Wiktoria leżała na podłodze przed kanapą z zeszytami i podręcznikami. Nigdzie nie widziałem mamy i Pawki.
- Dimka! - Wiktoria zerwała się z miejsca i podbiegła do mnie. Wskoczyła na mnie, śmiejąc się.
- Hej. Co tam? - spytałem, odstawiając ją na ziemię.
- Czekałam na ciebie wczoraj! Chciałam, żebyś mi pomógł z matematyką - skrzyżowała ramiona i obrzuciła mnie urażonym spojrzeniem.
- Przepraszam, ale musiałem zostać u pana Mazura - powiedziałem, idąc do kuchni. Wiktoria szła za mną.
- Nie lubię go. Myśli, że jak ma pieniądze, to może wszystko? My też chcemy z tobą spędzać czas.
- Wiem. A tak nawiasem mówiąc, pan Mazur nie wiedział nic o tym, że zostaję w jego willi na noc.
- Nie? - spytała nastolatka podejrzliwie. - To czemu nie wróciłeś?
Westchnąłem.
- To była... wyjątkowa sytuacja.
- Jaka?
- Wiktoria, nie musisz wszystkiego wiedzieć - powiedziałem, uśmiechając się przepraszająco. Wszedłem do kuchni. Mama stała przy kuchence i mieszała coś w garnku.
- Cześć, mamo - podszedłem do kobiety i zajrzałem jej przez ramię. - Co robisz?
- Oh, Dimka, wróciłeś już, jak dobrze. Ugotowałam twoją ulubioną zupę.
- Nie musiałaś - odpowiedziałem.
- Musiałam. Miałeś zjeść wczoraj, ale nie wróciłeś do domu. Odgrzana nie smakuje już tak jak świeża, ale musisz to znieść.
Do kuchni wbiegła Zoja. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w dół.
- Wuja, pobawisz się ze mną? - spytała, skacząc.
Uśmiechnąłem się.
- Dobrze. Tylko zjem kolację, okej?
- Okej! - wykrzyknęła i wróciła do saloniku.
Mama westchnęła, nalewając zupę do miski.
- Oj, Dimka, Dimka, przemęczasz się - powiedziała, stawiając naczynie na stole. Usiadłem i zabrałem się za kolację.
- Nie sądzę - odpowiedziałem. Mama usiadła naprzeciwko mnie.
- Od rana do wieczora pracujesz, a jeszcze zawsze coś robisz w domu. Powinieneś wrócić z pracy i odpoczywać.
Wzruszyłem ramionami.
- Podoba mi się tak, jak jest - stwierdziłem.
- Wyspałeś się chociaż? Czy nie dali ci spać?
- Wyspałem się, spokojnie - uśmiechnąłem się.
Dokończyłem szybko jeść zupę, po czym wstałem i umyłem miskę.
- Dziękuję, było pyszne.
Gdy tylko wyszedłem z kuchni, dopadła mnie Zoja.
- Chodź, wuja! - pociągnęła mnie w stronę sypialni. Poszedłem za nią.
- W co chcesz się bawić? - spytałem.

ROSE

Zapukałam do gabinetu ojca i weszłam. Jak zwykle siedział nad jakimiś papierami. Uniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem. Oparł się wygodnie o oparcie fotela.
- Co tam, córcia?
- I jak, przemyślałeś to z wigilią?- uśmiechnęłam się uroczo.
Westchnął i przetarł twarz.
- Rose, naprawdę nie sądzę...
- Ja naprawdę nie chcę tam jechać- przerwałam mu. - Już bym wolała siedzieć w bunkrze niż tam. Pod warunkiem, że dasz mi net.
- Nie zostawię cię tu samej.
- To wynajmij ochroniarzy.
- To nie takie proste. Dzwoniłem do firmy ochroniarskiej i mogą zacząć dopiero po świętach.
- A Steve? On nigdy nic nie robi w święta. Naprawdę, jeśli mnie kochasz, to nie każ mi tam jechać. Bo własnoręcznie ich uduszę i zakopię nad rzeką.
- No dobrze, dobrze, zostań- skapitulował.- Ale jeśli coś wywiniesz, to był ostatni raz.
- Dziękuję!- rzuciłam się mu na szyję.
- No już dobrze, już dobrze - zaśmiał się i poklepał mnie po plecach.
Po chwili się od niego odsunęłam, ale jeszcze nie wyszłam.
- Wiesz...- powiedziałam powoli.- Mam jeszcze jedną sprawę.
- Tak?
- Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale rodzina Dymitra żyje w bardzo złych warunkach...
- Wiem - westchnął.
- Naprawdę?- zdziwiłam się.
- Och, Rose. Bardzo mi zależy na bezpieczeństwie rodziny, dlatego zawsze sprawdzam pracowników.
- I to jest właśnie ta sprawa- zagryzłam wargę, przystępując z nogi na nogę. Miałam wielką nadzieję, że się zgodzi...

***

Rano coś nie pasowało mi w pokoju. Siedziałam zaspana na łóżku i próbowałam ustalić co to takiego. Po chwili już wiedziałam. Przez okno wpadały promienie słońca. Wyjrzałam za okno i od razu się rozbudziłam.
Szybko przebrałam się w ciepłe ubrania, zaplotłam włosy w warkocza i zbiegłam radośnie na parter. Rodzice siedzieli w jadalni przy śniadaniu, przeglądając gazety i inne papiery. Usiadłam na swoje miejsce i zaczęłam jeść kanapkę z szynką, sałatą i pomidorem.
- Rose, jadę jutro na zakupy - powiedziała mama. - Chcesz jechać ze mną?
Zastanowiłam się chwilę.
- Okej. Może kupię sobie jakąś sukienkę na studniówkę?
- Możemy kupić też buty, jeżeli będziesz chciała.
- Chyba będę chciała - odpowiedziałam z uśmiechem.
Zauważyłam, że Abe jest w dobrym humorze.
- A co ty, tato, taki wesoły? - spytałam, biorąc łyk herbaty.
- Widzisz, córcia, czasem ma się taki lepszy dzień - powiedział niemal śpiewająco. Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Tylko lepszy dzień?
- Lepszy dzień, lepsze samopoczucie, wszystko lepsze - odpowiedział, zerkając w gazetę.
Dopiłam herbatę i poczekałam, aż rodzice zjedli śniadanie. Poszli do pracy, a ja zebrałam naczynia i weszłam do kuchni. Dymitr siedział przy wysepce kuchennej i rozmawiał z kimś przez telefon.
Odstawiłam naczynia do zmywarki, oparłam się o blat i pomachałam mu. Rosjanin uśmiechnął się i mi odmachał. Rozłączył się, a następnie schował komórkę.
- Masz coś dzisiaj w planach? - spytał, wstając.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nic a nic - odparłam. - A co?
- Pomyślałem, że może miałabyś ochotę wybrać się na łyżwy - uśmiechnął się uroczo. Zauważyłam, że bardzo często się uśmiecha.
- Wiesz, z chęcią bym poszła, ale nie umiem za dobrze jeździć - powiedziałam powoli.
- To przecież żaden problem. Nauczysz się.
- Skoro tak mówisz... To chodźmy. - Odepchnęłam się od blatu i ruszyłam w stronę korytarza. W progu stanęłam i spojrzałam na Dymitra. - Weź pieniądze ze szkatułki.
Dymitr zmarszczył brwi.
- Ale to...
- Pieniądze ojca. Nawet nie zauważy, że zniknie dycha czy dwie. - Uśmiechnęłam się i poszłam do korytarza.
Założyłam kurtkę, szalik, czapkę i buty, a potem sięgnęłam po rękawiczki. Poczekałam na Dymitra. Kiedy też się ubrał, wyszliśmy na dwór.
- Śnieg! - spojrzałam w niebo na spadające płatki białego puchu. Kocham śnieg. Zamknęłam oczy.
Po chwili poczułam zimne dłonie na policzkach. Odskoczyłam jak oparzona.
- O nie! - wycelowałam w Dymitra palcem. - Wybij to sobie z głowy. Nie pójdę na łyżwy, jeżeli będę mokra!
Rosjanin uśmiechnął się chytrze.
- Znowu będziesz mokra? - spytał.
Zmrużyłam oczy. Podeszłam do niego i złapałam za rękę. Pociągnęłam go w stronę furtki.
- Chodźmy już - zażądałam.
Wyszliśmy na chodnik i ruszyliśmy na lodowisko, które było niedaleko. Zwróciłam się do Dymitra.
- A ty co, tak zimno i bez czapki? Jeszcze się przeziębisz.
- Uwierz mi, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem chory - powiedział ze śmiechem.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Niemożliwe - rzuciłam. - Przecież jest mróz! Na pewno będziesz chory.
- Na Syberii jest zimniej - odpowiedział z rozbawieniem.
- Syberia to druga Antarktyda - oznajmiłam ze wzruszeniem ramion.
- Tak sądzisz? - spytał, śmiejąc się.
- Nie sądzę. Ja to wiem - uśmiechnęłam się dumnie.
Po chwili byliśmy już na lodowisku. Na szczęście była tam tylko garstka ludzi. Wypożyczyliśmy łyżwy, założyliśmy je i powoli weszliśmy na lód. Od razu złapałam się barierki.
- Spróbuj się śmiać, jeżeli się przewrócę, to pożałujesz - powiedziałam poważnie, patrząc na Dymitra. Rosjanin uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
- Jasne.
Skinęłam głową.
- Świetnie. No to chodź - złapałam go za dłoń i pociągnęłam za sobą.
Sunęliśmy po lodzie ramię w ramię.
- Mówiłaś, że nie umiesz dobrze jeździć - zauważył Dymitr.
Uśmiechnęłam się.
- Bo nie umiem. Nie umiem jeździć tyłem, na jednej nodze, nie zrobię przeplatanki i w ogóle.
- Rozumiem.
Pokonaliśmy parę metrów, po czym nagle skręciłam w stronę barierki. Za nią znajdowała się mała zaspa śniegu. Oparłam się i poczekałam na Dymitra. Kiedy Rosjanin pojawił się koło mnie, rzuciłam w niego śniegiem. Zaśmiałam się cicho.
Mężczyzna pozbył się śniegu z twarzy i spojrzał na mnie, unosząc jedną brew. Wtedy złapał mnie za ramiona i lekko popchnął. Nim się obejrzałam, leżałam na lodzie. Dymitr stał nade mną ze śmiechem.
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Miałeś się nie śmiać! - przypomniałam.
Rosjanin powstrzymał kolejną falę śmiechu.
- Tak jakoś wyszło - wzruszył ramionami, po czym wyciągnął rękę w moją stronę.
Złapałam jego dłoń i wstałam.
Po godzinie zeszliśmy z lodu, oddaliśmy łyżwy i ruszyliśmy w stronę willi. Zatrzymałam się, kiedy mijaliśmy pewną kawiarnię.
- A może napijemy się czegoś ciepłego? - spytałam.
- Jeżeli chcesz, to czemu nie - uśmiechnął się.
Weszliśmy do kawiarni. W środku było ciepło, pachnąco i przytulnie. Przy jednym stoliku siedziała zapatrzona w siebie para. Reszta miejsc była wolna.
Wnętrze było we wszystkich odcieniach brązu i żółci. Na stolikach stały pachnące róże, a na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające słodkie pieski i kotki. Nad każdym stolikiem wisiała niewielka lampa, rzucająca delikatną poświatę. Można było usiąść albo w wygodnych, dużych fotelach, lub na kanapach z kilkoma poduszkami.
Podeszliśmy do lady, przy której stała niska szatynka z czerwonymi ustami i okularami w czarnych oprawkach na nosie. Była ubrana w białą koszulę i czarną spódniczkę.
- Dzień dobry. Co podać? - spytała, uśmiechając się.
- Dzień dobry. Ja poproszę... gorącą czekoladę - odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
Kobieta zapisała zamówienie w notatniku.
- Dobrze. Co dla pana? - zapytała, spoglądając na Dymitra.
- A ja wezmę cafe latte.
- Okej... To wszystko?  Może zechcą państwo do napojów jakieś ciasto lub ciasteczka?
- Nie, dziękujemy - odpowiedzieliśmy.
Zapłaciliśmy za zamówienie i poczekaliśmy na napoje. Podczas, gdy kobieta je przygotowywała, rozejrzałam się za wygodnym miejscem.
Wzięliśmy swoje kubki, po czym poprowadziłam nas do wypatrzonego stolika. Usiadłam wygodnie w fotelu i poczekałam, aż Dymitr usiądzie naprzeciwko mnie. Zdjęłam kurtkę, czapkę oraz szalik. Chwyciłam kubek w dłonie. Rozkoszowałam się przyjemnym ciepłem, obserwując ukradkiem Dymitra. Rosjanin zdjął kurtkę, a następnie podniósł do ust swój kubek i wziął łyk kawy. Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek będę mogła posmakować jego ust...

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozdział 24

W tym czasie, kiedy ja wybierałam film, Dymitr zrobił popcorn. Usiedliśmy sobie wygodnie na kanapie i zaczęliśmy oglądać horror. Pierwszy nie był wcale straszny. Nic mnie szczególnie nie przestraszyło, ale spodobała mi się atmosfera, panująca w filmie. Tak bardzo spodobało mi się takie spędzanie czasu z Dymitrem, że stwierdziliśmy, iż obejrzymy coś jeszcze.
I tak udało nam się obejrzeć cztery horrory. Muszę przyznać, że dwa ostatnie nieźle mnie przestraszyły i nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam chować twarz w ramię Dymitra. Rosjanin śmiał się za każdym razem, kiedy się wzdrygałam, krzyczałam, lub zakrywałam twarz, co trochę rozluźniało atmosferę.
Zawsze, kiedy jakiś horror okazywał się straszny, zaczynałam wszystko komentować. Na przykład, kiedy nagle na ekranie pojawiała się twarz potwora, mówiłam coś w stylu: " Ale ma krzywy nos", czy "Strasznie zniekształcili mu prawy policzek". Z tego Dymitr również się śmiał.
Gdy skończyliśmy nasz mały maraton filmowy, nawet nie ruszyłam się, żeby wyłączyć telewizor. Uczepiłam się Rosjanina i nie chciałam go puścić. W końcu Dymitr objął mnie ramieniem. Cały się trząsł ze śmiechu.
- Spokojnie, to tylko filmy. Wymyślone. Nic takiego nie miało miejsca - mówił.
Wywróciłam oczami.
- Jasne. A ten napis "Oparte na faktach"? To też jest wymyślone?
- Tylko jeden był oparty na faktach.
- Tak, ten najgorszy! Już nigdy w życiu nie zostanę sama w domu! Nigdy!
Wstałam i wyłączyłam telewizor. Dymitr wziął pustą już miskę i poszedł ją odnieść do kuchni. Poczekałam sobie na niego, rozglądając się po kątach, czy czasem coś się na mnie nie czai. Rosjanin wrócił do salonu i podszedł do mnie.
- Aż tak się boisz? - spytał, przechylając lekko głowę.
Pokiwałam głową.
- Żebyś wiedział.
I wtedy coś zauważyłam. Na ścianie. Naprzeciwko mnie. Ruszało się.
Pisnęłam i szybo odwróciłam Dymitra tak, że stałam teraz za jego plecami. Podniosłam rękę i pokazałam na ścianę.
- Widzisz? - szepnęłam.
- Co?
- Tam. Siedzi. Duży. Pająk.
Dymitr znowu zaczął się śmiać. Uderzyłam go.
- Nie śmiej się, tylko go zabierz - powiedziałam oburzona.
- Dobrze, dobrze...
Rosjanin podszedł do ściany i... wziął pająka. Czułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Zobaczyłam, ja pająk chodzi po dłoni Dymitra, a on nic z nim nie robi, tylko stoi i na niego patrzy.
- No ty chyba sobie żartujesz - powiedziałam słabo.
Dymitr spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem.
- Czemu? Zobacz, jaki jest ładny - zaczął do mnie podchodzić z wyciągniętą dłonią.
Krzyknęłam i uciekłam przed nim.
- Zabierz go ode mnie! Fuj!
Dymitr zaczął się śmiać i za mną chodzić.
- Dobra, przepraszam za to wiadro z wodą, tylko zabierz ode mnie tego pająka - jęknęłam płaczliwie. Przysięgam, że zaraz zemdleję. Nie zdziwiłabym się, gdyby Dymitr usiadł koło mnie i poczekał z pająkiem aż się obudzę.
- Przecież ten pajączek nic ci nie zrobił - odpowiedział, robiąc słodkie oczka.
- Ale jest obrzydliwy! Wiesz co to arachnofobia? To lęk przed pająkami. Mam to. Więc zabierz go ode mnie, chyba że chcesz, żebym ci tu zemdlała! - wykrzyknęłam.
- Dobrze, już dobrze. Zabieram go stąd - westchnął, idąc w stronę okna.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Co ty robisz?
- Wypuszczam go - powiedział, otwierając okno.
- Co?! Wyrzuć go do toalety! Albo zdepcz i do śmietnika! Przecież on może tu wrócić!
Dymitr położył pająka na parapecie i zamknął okno.
- To żywe stworzonko. Ma takie same prawa do życia jak my.
Przeszły mnie dreszcze.
- Nie. Pająki są włochate i wstrętne.
Rosjanin podszedł do mnie, ale wyciągnęłam rękę, zatrzymując go.
- Nie. Najpierw idź umyj ręce. Potem możesz się do mnie zbliżyć.
Dymitr zachichotał, ale poszedł do łazienki. Po chwili wrócił. Wszedł do salonu w tym samym momencie co Abe.
- Rose, już wiem jak Jesse się tu dostał - powiedział.
Spojrzałam na ojca wyczekująco.
- Steve'owi zniknęły klucze od tylnego wejścia. Młody musiał je ukraść.
Moje serce zabiło szybciej.
- Czy to znaczy, że Jesse nadal ma te klucze?
Abe powoli pokiwał głową.
- Tak, ale spokojnie. Wymienimy zamek.
- Nie da się tego zrobić jeszcze dzisiaj? - spytałam.
- Obawiam się, że już nie. Ale poprosiłem już Steve'a, żeby został na noc i robił obchód. Zgodził się.
Pokiwałam głową. Jakoś mnie to nie przekonało. Steve nie miał szans z Jessem.
- No dobrze - powiedziałam, przygryzając wargę.
Abe uśmiechnął się i wyszedł. Jęknęłam cicho. Dymitr spojrzał na mnie zmartwiony.
- Przecież Jesse z łatwością rozłoży Steve'a na łopatki - westchnęłam zrozpaczona.
- Jeżeli chcesz, mogę z nim zostać - zaproponował, ale pokręciłam głową.
- Nie, już raz spędziłeś noc poza domem. Idź po pracy do rodziny. I tak już dużo dla mnie zrobiłeś. Rodzice będą w domu, Jesse nie będzie chyba taki głupi...
- No dobrze. Ale pamiętaj, wystarczy jeden telefon i jestem tu w parę minut.
Uśmiechnęłam się, zwieszając głowę. Czemu on sprawia, że tak często się rumienię?!
- Czemu się tak o mnie martwisz... i troszczysz... Przecież to w ogóle nie należy do twoich obowiązków.
Przez chwilę Dymitr się zastanawiał.
- Bo jesteś moją przyjaciółką.

JESSE

- Jesse, a gdzie twoja laska? - spytał drwiąco Jake. Miałem ochotę zetrzeć mu z twarzy ten wredny uśmieszek.
- Jake, o co ty się go pytasz? - zaśmiał się Simon. - Przecież on jeszcze jej nie ma. Tamta tak go urządziła, że w Billings już nie znajdzie żadnej dupeczki.
- Aż tak was to bawi? - warknąłem.
Zapadła cisza, która po chwili została przerwana przez śmiechy.
- Może Jane będzie tobą zainteresowana - powiedziała Miley, która siedziała na kolanach Jake'a.
- Nawet małpa jest lepsza od Jane - stwierdziłem z obrzydzeniem.
- Wiesz, wyglądem niezbyt się różni od Rose - stwierdził Simon.
Wzruszyłem ramionami.
- Rose ma bogatych starych. A Jane za chwilę będzie spała pod mostem - warknąłem.
Nigdy nie wybaczę Rose tego, jak mnie upokorzyła. Ani jej kurze domowej, która złamała mi nos.
- Muszę spadać - rzuciłem.
- Już? Truth zaraz przyjedzie z trawką.
Łypnąłem na Simona.
- Palcie sami. Nie mam dzisiaj ochoty.
- Stwierdzam zespół napięcia przedmiesiączkowego - powiedziała Miley. Cała paczka zarechotała. Podszedłem do niej.
- Słuchaj, powiedz coś podobnego jeszcze raz, a...
Jake zerwał się z miejsca.
- Masz coś do mojej dziewczyny? Spadaj stąd, Jesse.
Warknąłem cicho, po czym zawróciłem i odszedłem. Nie chciałem się kłócić z kumplem.
Zaczynało się już robić ciemno. Szedłem szybko chodnikiem. Lampy rozstawione były co dziesięć metrów. Nagle z cienia wyszedł jakiś typek z kapturem na głowie. Wyprostowałem się i dumnie szedłem przed siebie. Facet zastąpił mi drogę.
- Masz jakiś problem? - spytałem.
Musiałem przyznać, mężczyzna był napakowany. Ale może dałbym radę go powalić.
- Mam sprawę - odpowiedział niskim głosem.
Pewnie jakiś diler, pomyślałem. Wtedy z cieni wyszło czterech innych gości. Teraz się przestraszyłem, ale nie dałem po sobie niczego poznać.
- Mów szybko, nie mam czasu - rzuciłem, wkładając ręce do kieszeni.
- Ale my mamy czas.
Wywróciłem oczami i westchnąłem.
- No więc?
Jeden z typków podszedł do mnie i złapał mnie za kołnierz kurtki.
- Hej, hej, spokojnie, rączki przy sobie - powiedziałem, próbując się wyrwać. - Nie wiecie, kim ja jestem?
- Właśnie wiemy.
- Dobra, mówcie czego chcecie i spadajcie. Nie szukam kłopotów.
- Chyba za późno, młody. Już je masz - warknął. - Znasz taki termin jak napaść?
Prychnąłem, ukrywając strach.
- Pewnie, że znam. Każdy chyba zna.
Facet pokiwał głową.
- Właśnie. Słuchaj, chłopaczku. Karma zawsze wraca. Z chęcią zrobilibyśmy tobie to samo co ty ostatnio prawie zrobiłeś.
Zmrużyłem oczy.
- O czym ty mówisz?
- Dobrze wiesz, o czym mówię. Ale nie jestem gejem i raczej mnie to nie kręci - westchnął.
Zacząłem na serio się bać.
- Dobra, ile chcecie kasy? Zapłacę wam, tylko dajcie mi spokój - uniosłem ręce w obronnym geście. Ostatnio jakoś się staczam.
- Nie chcemy twoich marnych kieszonkowych - odpowiedział facet.
- Serio mówię, mam dzianych starych, dam wam ile chcecie - powiedziałem szybko.
- Nie interesują nas pieniądze - rzucił spokojnie. Za spokojnie. Wzdrygnąłem się.
- Dobra... Załatwię wam trawkę. Znam dobrego dilera - uśmiechnąłem się zakłopotany.
- Założę się, że znamy lepszych.
Oblałem się zimnym potem. Co mam im zaoferować, żeby mnie puścili?
- Dobra, chcecie załatwić coś nielegalnie? Pomogę wam - zaśmiałem się histerycznie.
- Cały czas załatwiamy coś nielegalnie.
Zacząłem szybciej oddychać. Mogłem zostać z kumplami. Albo w ogóle nie wychodzić z domu.
- Dobra, bierzemy się do pracy, panowie - rzucił typek.
- Czekajcie, co? - spytałem przerażony.
- Karma wraca młody. Karma. Wraca.
Zaczęli mnie ciągnąć w stronę krzaków, które rosły przy drodze. Dałbym sobie rękę uciąć, że ojciec Rose opierał się o lampę.
- Hej, nie przesadzajmy, tak? - zaśmiałem się. To już raczej przypominało płacz. - Zawsze można to jakoś inaczej załatwić.
- Nie, nie możemy.
Znaleźliśmy się po drugiej stronie krzaków, gdzie nikt z ulicy nie mógł nas zobaczyć.
- Zacznę krzyczeć - powiedziałem.
- Na obrzeżach nikt ci nie pomoże.

ABE

Opierałem się o lampę, czekając, aż chłopcy skończą z gówniarzem. Parę sekund po tym, jak wciągnęli go w krzaki usłyszałem jego krzyki i śmiechy moich pracowników. Sam się zaśmiałem pod nosem.
Od razu, gdy Rose powiedziała mi, co Jesse próbował zrobić, podjąłem decyzję. Młody nie wiedział, z kim zadarł. Od początku, kiedy Rose zaczęła z nim chodzić, jeden z moich pracowników miał go na oku. Każdy, kto kręci się przy kimś z mojej rodziny jest sprawdzany.
Nie trudno było dzisiaj znaleźć Jessego.
Rozkoszowałem się krzykami chłopaka, śmiejąc się pod nosem. Nie było mi go żal. Chciałem mieć pewność, że więcej nie zbliży się do mojej córki.
Nagle zza krzaków prosto na chodnik wypadł Jesse. Spodnie miał opuszczone, koszulę rozpiętą. Złapał spodnie i - jednocześnie je podciągając - zaczął uciekać. To wyglądało komicznie. Wyglądał jak skulony pies.
Zobaczyłem wchodzących w światło latarni moich pracowników.
- Zrobione - rzucił Jared, który jest moją prawą ręką.
- Świetnie, chłopcy - uśmiechnąłem się. - Jutro wam zapłacę.
- Gwarantuję, że chłoptaś będzie miał teraz ból dupy - zaśmiał się.

ROSE

- Używaj częściej łokci - powiedział Dymitr, trzymając mnie mocno w talii. Zaczęliśmy nasze małe lekcje samoobrony. Szło mi fatalnie.
- Mam cię dźgnąć w brzuch? - spytałam z niedowierzaniem.
Przylegałam plecami do torsu Rosjanina. Ta bliskość była oszałamiająca.
- Tak - odpowiedział.
Dymitr udawał mojego oprawcę. Teraz już wiem, dlaczego tak łatwo pokonał tamtych czterech typków. Był niezwykle silny i sprawny fizycznie.
- A czy to cię nie będzie boleć?
- Będziesz się nad tym zastanawiać, kiedy ktoś cię zaatakuje? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Wydęłam usta.
- Pewnie nie. Ale nie chcę ci poobijać żeber.
Dymitr się zaśmiał.
- Nic mi nie poobijasz.
Nadal nie przekonana, wbiłam łokieć w brzuch Dymitra.
- To nie było zdecydowane. Prawie nic nie poczułem - odpowiedział z rozbawieniem w głosie.
- Nie umiem cię uderzyć i tyle! - powiedziałam zrozpaczona.
Przez chwilę Dymitr się nad czymś zastanawiał.
- Dobra, poćwiczymy to kiedy indziej. Teraz ja cię zaatakuję, a ty spróbuj się obronić - rzucił, stając naprzeciw mnie.
- Będzie boleć? - spytałam.
Rosjanin uśmiechnął się.
- Zobaczymy - odpowiedział.
Wiedziałam, że próbował mnie zmotywować. Przy nim czułam się jak chucherko.
Dymitr zamachnął się, a ja - spanikowana - automatycznie zakryłam twarz rękoma.
- Rose, tak się nie obronisz - usłyszałam jego głos. Podziwiałam jego cierpliwość.
- Czuję się tak bezpiecznie - rzuciłam, spoglądając na niego przez palce. - Przepraszam, ale chyba jednak się tego nie nauczę.
Dymitr uśmiechnął się uroczo i podszedł do mnie bliżej.
- Nauczysz się, zobaczysz. Na dzisiaj dajmy sobie spokój.
Pokiwałam głową i spojrzałam na zegar. Krzyknęłam.
- Znowu siedzisz tutaj po godzinach! - złapałam Dymitra za rękę i pociągnęłam do korytarza. - Nie, żebym cię wyganiała, ale jeszcze trochę i w ogóle mama i siostry nie będą cię widywać.
- Ale one wszystko rozumieją - powiedział.
- To cudownie, ale mam wyrzuty sumienia. Już, marsz do domu. Zrób sobie ciepłą herbatkę, wskocz pod ciepły kocyk i się wyśpij - rzuciłam jak troskliwa mama.
Dymitr zaśmiał się, ale ubrał kurtkę i buty.
- Dobranoc, Rose. Do jutra - uśmiechnął się.
- Dobranoc. Do jutra - odwzajemniłam uśmiech.
Dymitr wyszedł, a ja ruszyłam do swojego pokoju.

sobota, 27 stycznia 2018

Rozdział 23

Przebrałam się w luźną, beżową jedwabną bluzkę z rękawami trzy czwarte, a do tego dżinsy rurki. Kiedy chciałam wychodzić z pokoju, zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, po czym odebrałam.
- Tak?
- Gdzie jesteś? - spytała Lissa. - Ja tu bez ciebie umieram.
Wywróciłam oczami.
- Nie wmówisz mi, że Chris się tobą nie zajmuje.
Niemal zauważyłam, jak Lissa się rumieni.
- Niby tak, ale i tak mi ciebie brakuje.
- Jestem w domu - powiedziałam.
- Czemu? Źle się czujesz? Coś się stało?
Przygryzłam wargę. Sama nie wiedziałam, czy powiedzieć Lissie o tym, co się stało. Niby to moja przyjaciółka, ale co, jeżeli wygada się od razu Christianowi? Albo - co gorsza - jakimś cudem do Jessego dotrze wiadomość, że nie przyszłam, bo się go boję?
Z drugiej strony Lissa znała już wiele moich sekretów. Zawsze mogłam na nią liczyć.
W końcu podjęłam decyzję.
- Później ci powiem, dobrze? Ale w poniedziałek... już przyjdę - odpowiedziałam. Lissa może trochę poczekać na prawdę.
- No dobrze. Muszę kończyć, Christian mnie maltretuje, papa.
Zaśmiałam się, ale Lissa już się rozłączyła. Odłożyłam telefon na biurko i zeszłam na parter. Poszłam do jadalni, jednak nie zastałam tam Dymitra. Weszłam do kuchni, lecz tam też go nie było. A wielka kałuża nadal na mnie czekała. Zmarszczyłam brwi. Odwróciłam się, przeszłam korytarzem i stanęłam w progu salonu. Szybko jednak schowałam się za ścianę i tylko zajrzałam do środka.
Dymitr mył okna. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że stał bez koszuli, która wisiała na kaloryferze. Widziałam wszystkie jego mięśnie, które co chwilę się napinały, a potem rozluźniały. Przełknęłam ślinę. Miałam taką ochotę się na niego rzucić.
Wzięłam głęboki wdech i weszłam do salonu.
- No, no, co za widok - mruknęłam, opierając się o kanapę.
Dymitr odwrócił się w moją stronę. Kącik jego ust powędrował w górę.
- Tak się dzieje, kiedy przewracasz mnie prosto w kałużę - odpowiedział, spryskując szybę płynem.
Uśmiechnęłam się.
- A właśnie, wytarłaś już kałużę? - spytał, ponieważ nie ruszałam się z miejsca, ani nic nie mówiłam.
- Jeszcze nie, po prostu nad czymś myślę.
- Nad czym? - spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Skoro ściągnąłeś mokrą koszulę, to czemu jeszcze stoisz w mokrych spodniach?
Dymitr parsknął śmiechem, po czym pokazał w stronę kuchni.
- Idź lepiej wytrzyj kałużę, a nie zastanawiaj się nad tym.
Westchnęłam zawiedziona, ale poszłam do kuchni. Wzięłam ścierkę i zaczęłam wycierać mokrą podłogę. Podniosłam wiadro i odstawiłam je pod ścianę. Kilka razy musiałam nad nim wykręcać ścierkę, żeby pozbyć się z niej wody.
Kiedy w końcu skończyłam, okazało się, że Dymitr umył wszystkie okna na parterze.
- Idziesz jak burza - powiedziałam.
- Skończyłem dopiero parter. Zostały jeszcze piętra. I podłogi do umycia.
Zrobiłam smutną minkę.
- Dobra, umyje te podłogi. Będzie szybciej.
- Tak jak przed chwilą? - spytał, unosząc brew. Jak ja to kochałam.
- Nie. Tym razem naprawdę ci pomogę.
Weszłam do jadalni i wzięłam mop. W kuchni wylałam brudną wodę z wiadra i wlałam czystą, po czym dodałam płyn. Zaczęłam od kuchni. Potem salon, korytarz i łazienka. Jadalnia była już czysta. Powoli wspięłam się po schodach, dokładnie je myjąc. Potem zaczęłam myć podłogi w łazience, moim pokoju, pokojach gościnnych ( w jednym zastałam Dymitra ) oraz korytarz. Ominęłam pokój rodziców. Plecy mnie już bolały od ciągłego schylania się, ale nie poddawałam się.
Kiedy w końcu skończyłam  myć podłogi, odniosłam wiadro z mopem do schowka. Wcześniej oczywiście wylałam brudną wodę. Następnie usiadłam w kuchni przy wysepce kuchennej. Po chwili do środka wszedł Dymitr. Trochę się zawiodłam, ponieważ miał już na sobie koszulę. A chciałam jeszcze przez chwilę popodziwiać jego tors.
Zeskoczyłam z krzesła i podbiegłam do Rosjanina.
- To co robimy na obiad? - spytałam od razu.
Dymitr zajrzał do lodówki.
- Masz ochotę na coś specjalnego? - zapytał.
Uśmiechnęłam się.
- Nie. Wyobraź sobie, że ta kuchnia to twoja restauracja, a ja zamówiłam danie dnia - powiedziałam. - Z tym, że będę ci pomagać. I mogę coś niechcący zepsuć. Ale chyba mi wybaczysz, prawda? - zrobiłam słodkie oczka.
Dymitr uśmiechnął się uroczo. Ten uśmiech był warty wszystkiego.
- Pewnie. W takim razie bierzmy się do pracy. Wlej wodę do dużego garnka - polecił.
Wykonałam polecenie. Rosjanin w tym czasie wyjął makaron oraz sos bolognese z szafki. Wyciągnął mały rondelek i przelał do niego sos.
Postawiłam garnek na płycie. Połamałam makaron i włożyłam do środka. Dymitr pilnował sosu i makaronu, żeby czasem nic się nie spaliło. Tymczasem wzięłam z szafy talerze i sztućce i położyłam je na wysepce kuchennej.
- Kiedy chcesz otworzyć swoją restaurację? - spytałam po chwili. Z jednej strony byłam ciekawa, a z drugiej bałam się odpowiedzi.
- Wiesz, najpierw muszę spłacić dług ojca, a potem odłożyć parę pieniędzy. Trochę mi to zajmie.
Zdobyłam się na uśmiech. Chciałam, żeby mu się udało i żeby był szczęśliwy, ale pragnęłam go zatrzymać przy sobie. Nie wytrzymałabym, gdyby mnie zostawił.
- Myślałeś już, gdzie byś ją otworzył?
- Na pewno bliżej centrum, żeby był duży ruch.
- Będziesz miał sporą konkurencję - zaśmiałam się.
Ciekawe, czy słyszał ból w moim głosie.
- Myślę, że dam radę.
Dymitr przemieszał sos i makaron. Wpatrywałam się w niego do momentu, kiedy wszystko mi się zamazało. Szybko przełknęłam łzy i wytarłam oczy. Szkoda, że Dymitr nie wiedział, ile dla mnie znaczy.
Usłyszałam kroki. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam jak mama wchodzi do kuchni. Była wyspana.
- Czyżby na obiad było spaghetti? - spytała.
Pokiwałam głową.
Janine usiadła koło mnie i pogłaskała mnie po głowie.
- Jak się czujesz, Rose? - spytała z troską.
- W porządku.
- Płakałaś?
Czy to możliwe, że został jakiś ślad po łzach, które przecież tak szybko wytarłam? Dymitr odwrócił lekko głowę w moją stronę. Spuściłam wzrok.
- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?
- Wydawało mi się, że widziałam łzy w twoich oczach. Ale skoro mówisz, że nie. - Wzruszyła ramionami. Wiedziałam, że nie była przekonana. - Powiedz, może chcesz coś ciepłego do picia? Ubrałaś taką cieniutką bluzkę, a na dworze tak zimno. Jeszcze się przeziębisz. Może przyniosę ci kocyk, co ty na to?
Spiorunowałam ją wzrokiem.
- Nie chcę. Gdyby było mi zimno, to ubrałabym jakiś sweter.
Obiad był już gotowy. Kazałam mamie iść po ojca, a sama pomogłam Dymitrowi. Zaniosłam talerze do jadalni, po czym usiadłam do stołu.
- Smacznego - powiedział Dymitr. Wyszedł z jadalni, kiedy rodzice do niej weszli.
Usiedli na swoich miejscach i zaczęli jeść. Co chwilę przyłapywałam ich na troskliwych spojrzeniach.
- To powiedz, czemu nie jesteś w szkole? - spytał Abe, odchrząkując.
- Och, ty się jeszcze pytasz? - spytała Janine. Wywróciłam oczami. - Dziewczyna przeżyła coś strasznego! I ma iść do szkoły, gdzie spotka nie dość, że natrętnych ludzi, to jeszcze swojego oprawcę?!
Przez chwilę Abe nic nie mówił.
- Masz rację - przyznał.
- Wiesz co, Rose? - zaczęła mama. - Uważam, że powinnaś sobie znaleźć takiego chłopaka jak Dymitr.
Prawie się oplułam. Spojrzałam z niedowierzaniem na Janine.
- Mamo!
Przecież Dymitr mógł to słyszeć! Czy ona nie rozumiała, że on jest tuż za ścianą?
- No co? Ja tylko mówię jak jest. Obserwowałam go od jakiegoś czasu. Dymitr zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen. W tych czasach trudno o takiego chłopaka. Tylko niech będzie młodszy.
Poczułam, że robię się cała czerwona. Przez to, że Dymitr mógł wszystko słyszeć.
- Daj jej spokój - wtrącił Abe. - Ma jeszcze czas na chłopców. Najpierw niech zda maturę.
- Oj, Ibrahim, nie przesadzaj. Pamiętaj, że nie byliśmy wcale starsi kiedy zaczęliśmy ze sobą chodzić.
Ojciec mruknął coś cicho pod nosem, po czym zwrócił się do mnie.
- Nie słuchaj matki. Nic na siłę. Miłość sama przyjdzie. - Machał widelcem przed twarzą.
O ile już nie przyszła, pomyślałam.
Skończyłam jeść obiad, ale ciągle siedziałam przy stole, bo rodzice mieli jeszcze jedzenie na talerzach.
- Rose, a jak się czujesz? - spytał Abe.
Westchnęłam ciężko.
- Czy wy musicie ciągle o to pytać?
Mama uśmiechnęła się przepraszająco.
- Po prostu się o ciebie martwimy. Nie możemy sobie wybaczyć, że Jesse prawie cię zgwałcił.
Spiorunowałam ich wzrokiem. Dzięki, że mi o tym przypominasz, mamo. Po prostu ekstra.
- To nie znaczy, że musicie mi ciągle o tym przypominać - warknęłam.
- Ale Rose, ty nie rozumiesz. Jesteś dla nas taka ważna...
- Po prostu jest nam przykro, że to miało miejsce. Naprawdę bardzo... - Abe chciał coś powiedzieć, ale urwał.
- Nie potrzebuję współczucia. Czuję się świetnie i próbuję o wszystkim zapomnieć, ale wy ciągle mi o tym przypominacie! - podniosłam głos. Czemu oni nie mogli tego zrozumieć.
Zapanowała cisza. W końcu Abe się poruszył i ją przerwał.
- Twoi kuzyni z Turcji zaprosili nas na bal Bożonarodzeniowy.
Jęknęłam. Nie lubiłam tam jeździć. Kuzyni cały czas próbowali się przypodobać mojemu ojcu. Moja teoria jest taka, że chcą wyciągnąć od niego pieniądze, ale mama uważa, że po prostu chcą się pochwalić osiągnięciami. W dodatku traktowali mnie jak powietrze.
- Nie chcę tam jechać - powiedziałam.
Rodzice spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Czemu? Przecież tam jest fajnie - rzuciła mama.
- Nie chcę. Nie lubię ich. Poza tym chcę spędzić wigilię w domu. Co roku gdzieś wyjeżdżamy. Nie chcę.
Abe wyglądał jakby był w rozterce.
- Ale Rose, nie jesteś pełnoletnia. Nie mogę cię zostawić tu samej - powiedział.
Wzruszyłam ramionami.
- Załatw w końcu ochroniarzy i nie będzie problemu.
Abe westchnął.
- Nie wiem, zobaczymy. Na razie nastaw się na wyjazd.
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Nigdzie nie pojadę.
- Rose - skarcił mnie.
- Wyskoczę z samochodu - zakomunikowałam.
- To polecimy prywatnym samolotem.
- Wyskoczę z samolotu.
Matka rzuciła ojcu ostrzegawcze spojrzenie.
- Nie dręcz jej. Jest w szoku, nie wie co mówi.
Rodzice odsunęli talerze i wyszli z jadalni. Siedziałam na krześle naburmuszona. Nie chcę nigdzie jechać i nie pojadę. Sama nie wiem co bym wolała: spędzić czas z Jessem czy wyjechać do Turcji do kuzynów. Obydwie opcje są przerażające. Chcę zostać w domu, leżeć w łóżku i nic nie robić.
Do jadalni wszedł Dymitr. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Wszystko w porządku? - spytał.
- Będzie w porządku, jak przekonam rodziców, że nigdzie nie wyjeżdżam na święta.
Dymitr pokiwał głową i zaczął zbierać naczynia. Podniosłam się z krzesła i mu pomogłam. W kuchni Dymitr spytał:
- Więc, zachowuję się jak dżentelmen, tak? - uśmiechnął się chytrze.
Poczułam, że się rumienię.
- Wszystko słyszałeś? - To było bardziej twierdzenie niż pytanie. - Przepraszam, mama czasem nie wie co mówi.
Po chwili milczenia dodałam szybko:
- Co nie znaczy, że źle się zachowujesz.
Dymitr uśmiechnął się lekko.
- To dobrze. Już chciałem się pytać, czy udzielisz mi lekcji dobrego wychowania.
Pacnęłam go w ramię ze śmiechem.
- Co do lekcji, to miałeś mi pomóc z fizyką, pamiętasz? Pouczymy się jutro?
- Pewnie. Jestem pod wrażeniem, że tak bardzo chcesz się uczyć.
Nie chcę się uczyć, pomyślałam, tylko pragnę spędzić z tobą więcej czasu. 
- Obejrzymy jakiś film? - spytałam nagle.
Rosjanin spojrzał w moje oczy.
- Jaki?
Wzruszyłam ramionami.
- Jakiś horror, albo coś.
- Możemy.
Klasnęłam w dłonie.
- Świetnie, to ja idę coś włączyć, a ty skombinuj przekąski.
- Przed chwilą był obiad. Jeszcze jesteś głodna?
Stałam już w progu.
- Nie, ale tak lepiej ogląda się film.