W tym czasie, kiedy ja wybierałam film, Dymitr zrobił popcorn. Usiedliśmy sobie wygodnie na kanapie i zaczęliśmy oglądać horror. Pierwszy nie był wcale straszny. Nic mnie szczególnie nie przestraszyło, ale spodobała mi się atmosfera, panująca w filmie. Tak bardzo spodobało mi się takie spędzanie czasu z Dymitrem, że stwierdziliśmy, iż obejrzymy coś jeszcze.
I tak udało nam się obejrzeć cztery horrory. Muszę przyznać, że dwa ostatnie nieźle mnie przestraszyły i nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam chować twarz w ramię Dymitra. Rosjanin śmiał się za każdym razem, kiedy się wzdrygałam, krzyczałam, lub zakrywałam twarz, co trochę rozluźniało atmosferę.
Zawsze, kiedy jakiś horror okazywał się straszny, zaczynałam wszystko komentować. Na przykład, kiedy nagle na ekranie pojawiała się twarz potwora, mówiłam coś w stylu: " Ale ma krzywy nos", czy "Strasznie zniekształcili mu prawy policzek". Z tego Dymitr również się śmiał.
Gdy skończyliśmy nasz mały maraton filmowy, nawet nie ruszyłam się, żeby wyłączyć telewizor. Uczepiłam się Rosjanina i nie chciałam go puścić. W końcu Dymitr objął mnie ramieniem. Cały się trząsł ze śmiechu.
- Spokojnie, to tylko filmy. Wymyślone. Nic takiego nie miało miejsca - mówił.
Wywróciłam oczami.
- Jasne. A ten napis "Oparte na faktach"? To też jest wymyślone?
- Tylko jeden był oparty na faktach.
- Tak, ten najgorszy! Już nigdy w życiu nie zostanę sama w domu! Nigdy!
Wstałam i wyłączyłam telewizor. Dymitr wziął pustą już miskę i poszedł ją odnieść do kuchni. Poczekałam sobie na niego, rozglądając się po kątach, czy czasem coś się na mnie nie czai. Rosjanin wrócił do salonu i podszedł do mnie.
- Aż tak się boisz? - spytał, przechylając lekko głowę.
Pokiwałam głową.
- Żebyś wiedział.
I wtedy coś zauważyłam. Na ścianie. Naprzeciwko mnie. Ruszało się.
Pisnęłam i szybo odwróciłam Dymitra tak, że stałam teraz za jego plecami. Podniosłam rękę i pokazałam na ścianę.
- Widzisz? - szepnęłam.
- Co?
- Tam. Siedzi. Duży. Pająk.
Dymitr znowu zaczął się śmiać. Uderzyłam go.
- Nie śmiej się, tylko go zabierz - powiedziałam oburzona.
- Dobrze, dobrze...
Rosjanin podszedł do ściany i... wziął pająka. Czułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Zobaczyłam, ja pająk chodzi po dłoni Dymitra, a on nic z nim nie robi, tylko stoi i na niego patrzy.
- No ty chyba sobie żartujesz - powiedziałam słabo.
Dymitr spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem.
- Czemu? Zobacz, jaki jest ładny - zaczął do mnie podchodzić z wyciągniętą dłonią.
Krzyknęłam i uciekłam przed nim.
- Zabierz go ode mnie! Fuj!
Dymitr zaczął się śmiać i za mną chodzić.
- Dobra, przepraszam za to wiadro z wodą, tylko zabierz ode mnie tego pająka - jęknęłam płaczliwie. Przysięgam, że zaraz zemdleję. Nie zdziwiłabym się, gdyby Dymitr usiadł koło mnie i poczekał z pająkiem aż się obudzę.
- Przecież ten pajączek nic ci nie zrobił - odpowiedział, robiąc słodkie oczka.
- Ale jest obrzydliwy! Wiesz co to arachnofobia? To lęk przed pająkami. Mam to. Więc zabierz go ode mnie, chyba że chcesz, żebym ci tu zemdlała! - wykrzyknęłam.
- Dobrze, już dobrze. Zabieram go stąd - westchnął, idąc w stronę okna.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Co ty robisz?
- Wypuszczam go - powiedział, otwierając okno.
- Co?! Wyrzuć go do toalety! Albo zdepcz i do śmietnika! Przecież on może tu wrócić!
Dymitr położył pająka na parapecie i zamknął okno.
- To żywe stworzonko. Ma takie same prawa do życia jak my.
Przeszły mnie dreszcze.
- Nie. Pająki są włochate i wstrętne.
Rosjanin podszedł do mnie, ale wyciągnęłam rękę, zatrzymując go.
- Nie. Najpierw idź umyj ręce. Potem możesz się do mnie zbliżyć.
Dymitr zachichotał, ale poszedł do łazienki. Po chwili wrócił. Wszedł do salonu w tym samym momencie co Abe.
- Rose, już wiem jak Jesse się tu dostał - powiedział.
Spojrzałam na ojca wyczekująco.
- Steve'owi zniknęły klucze od tylnego wejścia. Młody musiał je ukraść.
Moje serce zabiło szybciej.
- Czy to znaczy, że Jesse nadal ma te klucze?
Abe powoli pokiwał głową.
- Tak, ale spokojnie. Wymienimy zamek.
- Nie da się tego zrobić jeszcze dzisiaj? - spytałam.
- Obawiam się, że już nie. Ale poprosiłem już Steve'a, żeby został na noc i robił obchód. Zgodził się.
Pokiwałam głową. Jakoś mnie to nie przekonało. Steve nie miał szans z Jessem.
- No dobrze - powiedziałam, przygryzając wargę.
Abe uśmiechnął się i wyszedł. Jęknęłam cicho. Dymitr spojrzał na mnie zmartwiony.
- Przecież Jesse z łatwością rozłoży Steve'a na łopatki - westchnęłam zrozpaczona.
- Jeżeli chcesz, mogę z nim zostać - zaproponował, ale pokręciłam głową.
- Nie, już raz spędziłeś noc poza domem. Idź po pracy do rodziny. I tak już dużo dla mnie zrobiłeś. Rodzice będą w domu, Jesse nie będzie chyba taki głupi...
- No dobrze. Ale pamiętaj, wystarczy jeden telefon i jestem tu w parę minut.
Uśmiechnęłam się, zwieszając głowę. Czemu on sprawia, że tak często się rumienię?!
- Czemu się tak o mnie martwisz... i troszczysz... Przecież to w ogóle nie należy do twoich obowiązków.
Przez chwilę Dymitr się zastanawiał.
- Bo jesteś moją przyjaciółką.
JESSE
- Jesse, a gdzie twoja laska? - spytał drwiąco Jake. Miałem ochotę zetrzeć mu z twarzy ten wredny uśmieszek.
- Jake, o co ty się go pytasz? - zaśmiał się Simon. - Przecież on jeszcze jej nie ma. Tamta tak go urządziła, że w Billings już nie znajdzie żadnej dupeczki.
- Aż tak was to bawi? - warknąłem.
Zapadła cisza, która po chwili została przerwana przez śmiechy.
- Może Jane będzie tobą zainteresowana - powiedziała Miley, która siedziała na kolanach Jake'a.
- Nawet małpa jest lepsza od Jane - stwierdziłem z obrzydzeniem.
- Wiesz, wyglądem niezbyt się różni od Rose - stwierdził Simon.
Wzruszyłem ramionami.
- Rose ma bogatych starych. A Jane za chwilę będzie spała pod mostem - warknąłem.
Nigdy nie wybaczę Rose tego, jak mnie upokorzyła. Ani jej kurze domowej, która złamała mi nos.
- Muszę spadać - rzuciłem.
- Już? Truth zaraz przyjedzie z trawką.
Łypnąłem na Simona.
- Palcie sami. Nie mam dzisiaj ochoty.
- Stwierdzam zespół napięcia przedmiesiączkowego - powiedziała Miley. Cała paczka zarechotała. Podszedłem do niej.
- Słuchaj, powiedz coś podobnego jeszcze raz, a...
Jake zerwał się z miejsca.
- Masz coś do mojej dziewczyny? Spadaj stąd, Jesse.
Warknąłem cicho, po czym zawróciłem i odszedłem. Nie chciałem się kłócić z kumplem.
Zaczynało się już robić ciemno. Szedłem szybko chodnikiem. Lampy rozstawione były co dziesięć metrów. Nagle z cienia wyszedł jakiś typek z kapturem na głowie. Wyprostowałem się i dumnie szedłem przed siebie. Facet zastąpił mi drogę.
- Masz jakiś problem? - spytałem.
Musiałem przyznać, mężczyzna był napakowany. Ale może dałbym radę go powalić.
- Mam sprawę - odpowiedział niskim głosem.
Pewnie jakiś diler, pomyślałem. Wtedy z cieni wyszło czterech innych gości. Teraz się przestraszyłem, ale nie dałem po sobie niczego poznać.
- Mów szybko, nie mam czasu - rzuciłem, wkładając ręce do kieszeni.
- Ale my mamy czas.
Wywróciłem oczami i westchnąłem.
- No więc?
Jeden z typków podszedł do mnie i złapał mnie za kołnierz kurtki.
- Hej, hej, spokojnie, rączki przy sobie - powiedziałem, próbując się wyrwać. - Nie wiecie, kim ja jestem?
- Właśnie wiemy.
- Dobra, mówcie czego chcecie i spadajcie. Nie szukam kłopotów.
- Chyba za późno, młody. Już je masz - warknął. - Znasz taki termin jak napaść?
Prychnąłem, ukrywając strach.
- Pewnie, że znam. Każdy chyba zna.
Facet pokiwał głową.
- Właśnie. Słuchaj, chłopaczku. Karma zawsze wraca. Z chęcią zrobilibyśmy tobie to samo co ty ostatnio prawie zrobiłeś.
Zmrużyłem oczy.
- O czym ty mówisz?
- Dobrze wiesz, o czym mówię. Ale nie jestem gejem i raczej mnie to nie kręci - westchnął.
Zacząłem na serio się bać.
- Dobra, ile chcecie kasy? Zapłacę wam, tylko dajcie mi spokój - uniosłem ręce w obronnym geście. Ostatnio jakoś się staczam.
- Nie chcemy twoich marnych kieszonkowych - odpowiedział facet.
- Serio mówię, mam dzianych starych, dam wam ile chcecie - powiedziałem szybko.
- Nie interesują nas pieniądze - rzucił spokojnie. Za spokojnie. Wzdrygnąłem się.
- Dobra... Załatwię wam trawkę. Znam dobrego dilera - uśmiechnąłem się zakłopotany.
- Założę się, że znamy lepszych.
Oblałem się zimnym potem. Co mam im zaoferować, żeby mnie puścili?
- Dobra, chcecie załatwić coś nielegalnie? Pomogę wam - zaśmiałem się histerycznie.
- Cały czas załatwiamy coś nielegalnie.
Zacząłem szybciej oddychać. Mogłem zostać z kumplami. Albo w ogóle nie wychodzić z domu.
- Dobra, bierzemy się do pracy, panowie - rzucił typek.
- Czekajcie, co? - spytałem przerażony.
- Karma wraca młody. Karma. Wraca.
Zaczęli mnie ciągnąć w stronę krzaków, które rosły przy drodze. Dałbym sobie rękę uciąć, że ojciec Rose opierał się o lampę.
- Hej, nie przesadzajmy, tak? - zaśmiałem się. To już raczej przypominało płacz. - Zawsze można to jakoś inaczej załatwić.
- Nie, nie możemy.
Znaleźliśmy się po drugiej stronie krzaków, gdzie nikt z ulicy nie mógł nas zobaczyć.
- Zacznę krzyczeć - powiedziałem.
- Na obrzeżach nikt ci nie pomoże.
ABE
Opierałem się o lampę, czekając, aż chłopcy skończą z gówniarzem. Parę sekund po tym, jak wciągnęli go w krzaki usłyszałem jego krzyki i śmiechy moich pracowników. Sam się zaśmiałem pod nosem.
Od razu, gdy Rose powiedziała mi, co Jesse próbował zrobić, podjąłem decyzję. Młody nie wiedział, z kim zadarł. Od początku, kiedy Rose zaczęła z nim chodzić, jeden z moich pracowników miał go na oku. Każdy, kto kręci się przy kimś z mojej rodziny jest sprawdzany.
Nie trudno było dzisiaj znaleźć Jessego.
Rozkoszowałem się krzykami chłopaka, śmiejąc się pod nosem. Nie było mi go żal. Chciałem mieć pewność, że więcej nie zbliży się do mojej córki.
Nagle zza krzaków prosto na chodnik wypadł Jesse. Spodnie miał opuszczone, koszulę rozpiętą. Złapał spodnie i - jednocześnie je podciągając - zaczął uciekać. To wyglądało komicznie. Wyglądał jak skulony pies.
Zobaczyłem wchodzących w światło latarni moich pracowników.
- Zrobione - rzucił Jared, który jest moją prawą ręką.
- Świetnie, chłopcy - uśmiechnąłem się. - Jutro wam zapłacę.
- Gwarantuję, że chłoptaś będzie miał teraz ból dupy - zaśmiał się.
ROSE
- Używaj częściej łokci - powiedział Dymitr, trzymając mnie mocno w talii. Zaczęliśmy nasze małe lekcje samoobrony. Szło mi fatalnie.
- Mam cię dźgnąć w brzuch? - spytałam z niedowierzaniem.
Przylegałam plecami do torsu Rosjanina. Ta bliskość była oszałamiająca.
- Tak - odpowiedział.
Dymitr udawał mojego oprawcę. Teraz już wiem, dlaczego tak łatwo pokonał tamtych czterech typków. Był niezwykle silny i sprawny fizycznie.
- A czy to cię nie będzie boleć?
- Będziesz się nad tym zastanawiać, kiedy ktoś cię zaatakuje? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Wydęłam usta.
- Pewnie nie. Ale nie chcę ci poobijać żeber.
Dymitr się zaśmiał.
- Nic mi nie poobijasz.
Nadal nie przekonana, wbiłam łokieć w brzuch Dymitra.
- To nie było zdecydowane. Prawie nic nie poczułem - odpowiedział z rozbawieniem w głosie.
- Nie umiem cię uderzyć i tyle! - powiedziałam zrozpaczona.
Przez chwilę Dymitr się nad czymś zastanawiał.
- Dobra, poćwiczymy to kiedy indziej. Teraz ja cię zaatakuję, a ty spróbuj się obronić - rzucił, stając naprzeciw mnie.
- Będzie boleć? - spytałam.
Rosjanin uśmiechnął się.
- Zobaczymy - odpowiedział.
Wiedziałam, że próbował mnie zmotywować. Przy nim czułam się jak chucherko.
Dymitr zamachnął się, a ja - spanikowana - automatycznie zakryłam twarz rękoma.
- Rose, tak się nie obronisz - usłyszałam jego głos. Podziwiałam jego cierpliwość.
- Czuję się tak bezpiecznie - rzuciłam, spoglądając na niego przez palce. - Przepraszam, ale chyba jednak się tego nie nauczę.
Dymitr uśmiechnął się uroczo i podszedł do mnie bliżej.
- Nauczysz się, zobaczysz. Na dzisiaj dajmy sobie spokój.
Pokiwałam głową i spojrzałam na zegar. Krzyknęłam.
- Znowu siedzisz tutaj po godzinach! - złapałam Dymitra za rękę i pociągnęłam do korytarza. - Nie, żebym cię wyganiała, ale jeszcze trochę i w ogóle mama i siostry nie będą cię widywać.
- Ale one wszystko rozumieją - powiedział.
- To cudownie, ale mam wyrzuty sumienia. Już, marsz do domu. Zrób sobie ciepłą herbatkę, wskocz pod ciepły kocyk i się wyśpij - rzuciłam jak troskliwa mama.
Dymitr zaśmiał się, ale ubrał kurtkę i buty.
- Dobranoc, Rose. Do jutra - uśmiechnął się.
- Dobranoc. Do jutra - odwzajemniłam uśmiech.
Dymitr wyszedł, a ja ruszyłam do swojego pokoju.