niedziela, 24 grudnia 2017

Rozdział 16

Mroźne powietrze musiało ją trochę ocucić, ponieważ zmarszczyła brwi i zamrugała kilka razy.
-Mooja głoowa - przyłożyła dłonie sio skroni i odeszła kawałek od klubu. Opuściliśmy teren klubu i ruszyliśmy powoli chodnikiem w stronę miasta.
- I jak się podobał taniec z nieznajomym?- zapytałem w pewnym momencie, może trochę zbyt kąśliwie.
- Słucham?- dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona.
- Wiesz chociaż jak miał na imię? Kim był?
- Ale o co ci chodzi? - spojrzała na mnie ostro.
- Obcy chłopak, starszy od ciebie, poprosił cię  do tańca. Dobra, okey, to jeszcze nic złego. Ale on cię tam obmacywał. Mógł zdobić ci krzywdę.
- Ale nic się nie stało -wzruszyła ramionami.
- Ale coś mogło się stać. Co jakbym cię nie zabrał...
- Dymitr. Wiedziałam, że jesteś i nas pilnujesz. Ufam ci i wiem, że nie pozwolisz żadnej z nas skrzywdzić. Chciałam, żeby przestał, ale mnie nie słuchał, ale jak zawsze ktoś mnie w porę uratował - spojrzała na mnie z wdzięcznością i nagle przytuliła.
Automatyczne również ją objąłem, choć nie wiedziałem, co powiedzieć. Jednak ona była pierwsza.
- Dziękuję. Nie tylko za ratunek. Ale za pomoc przy zorganizowaniu kolacji dla rodziców, za wyciągnięcie z domu. Jak ja ci się odwdzięczę? Dziękuję- uniosła się na palcach i swoimi ustami delikatnie musnęła mój policzek.
Przez chwilę byłem jak sparaliżowany, gdy ona z rumieńcem odsunęła się i ruszyła dalej. Po chwili szok minął i pobiegłem do niej.
- Zabranie tu dziewczyn i ich uśmiechy to najlepsza nagroda. Dawno nie widziałem Karoliny tak upitej - oboje się zaśmialiśmy.
Zauważyłem, że nastolatka stara się opatulić rękoma, ale jej to nie wychodziło. Nie wiem czemu, to był odruch, ale zdjąłem kurtkę i zarzuciłem dziewczynie na ramiona. Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Zmarzniesz - zaczęła ściągać kurtkę, ale powstrzymałem ją, kładąc ręce na jej ramiona.
- Spokojnie, nie takie temperatury się znosiło. Po za tym, ja mam spodnie i długi rękaw.
- No tak. Zimniejsza część Rosji? - spytała.
- Tak, dokładnie Syberia.
- Uhuhu. Biedacy. Nigdy nie umiałam sobie wyobrazić, jak ktokolwiek może tam żyć. Przecież to jak Arktyka - wyrzuciła ręce w górę.
- Wcale nie - zaśmiałem się.- mieszkam w cieplejszej części Syberii, gdzie wiosna czy jesień nie różnią się od tych tutaj. Tylko lato i zima są trochę chłodniejsze.
- Tak, wmawiaj sobie - uśmiechnęła się.
Miałem ochotę ją pocałować. Była taka piękna. Brązowe włosy opadały jej delikatnie na plecy, teraz schowane pod moją kurtką. Tylko kilka kosmyków spadało na jej twarz, gdy patrzyła pod nogi. Ukryta w cieniu wyglądała tak tajemniczo, a jednocześnie magiczne. Brązowe oczy nabrały głębi, gdy patrzyła zamyślona nieobecnym wzrokiem. Tak bardzo chciałem w tym momencie móc przeczytać jej myśli. Mimo, że dość lekko ją znałem, już zdążyła mnie oczarować swoją osobą. Tak, ja Dymitr Bielikow, zakochałem się w Rose Mazur. O 7 laty młodszej córce szefa. Ale nie pozwolę jej nigdy się o tym dowiedzieć. To nierealne i nie możliwe. Jestem tylko służącym w ich domu. Może i jest miła, nawet mówi, że traktuje mnie jak przyjaciela, ale na pewno ma inne ideały. Bo co ja jej mogę dać? Jesteśmy biedniejsi niż myszy kościelne. A jej potrzeba kogoś, kto będzie umiał zadbać majątkowo o nią i rodzinę jaką założą. Trochę zakuła mnie myśl, że kiedyś będzie z kimś innym, ale co poradzić. Ja nie jestem jej godny. Po za tym ja już myślę o rodzinie, a ona na pewno chce się jeszcze wyszaleć. Jest młoda, jeszcze całe życie przed nią. Uśmiechnąłem się. Myślę już jakbym miał 60 lat.
- O czym tak myślisz? - spytałem, aby przerwać ciszę.
- Co? - otrząsnęła się. - A, nic istotnego. Możemy już wrócić? Zaczyna mi być zimno w nogi. 
-Pewnie. I tak zaszliśmy daleko.
Od razu zawróciliśmy. Łapałem się na tym, że co chwilę zerkam w stronę Rose. Nie mogłem się na nią napatrzeć. Mam nadzieję, że w przyszłości znajdzie odpowiedniego chłopaka, który nigdy jej nie skrzywdzi.
- O nie... - jęknęła nagle Rose. Spojrzałem na nią zaskoczony.
- Co jest?
- Na którą jutro przychodzisz do pracy? - spytała.
- Na szóstą trzydzieści.
- Świetnie - westchnęła z ulgą, a ja nadal nie wiedziałem, o co chodzi.
- Odpowiesz mi na pytanie? - mimowolnie uśmiechnąłem się.
- Prawdopodobnie zapomniałam zrobić zadanie z matmy, a ty umiesz matematykę, to mi pomożesz - uśmiechnęła się szeroko,  patrząc na mnie.
- Pewnie - zaśmiałem się.
Doszliśmy do klubu. Rose odwiesiła kurtkę do szatni, po czym weszliśmy na salę. Od razu uderzyła nas głośna muzyka. Odnaleźliśmy nasz stolik i siedzące przy nim dziewczyny.
- Gdzie byliście? - spytała od razu Karolina. - Już miałam iść was szukać!
- Spokojnie, Karolcia, byliśmy tylko zaczerpnąć świeżego powietrza - powiedziałem, uśmiechając się.
Nagle podeszła do nas grupka nastolatków. Poznałem paru przyjaciół Rose.
- Lissa, Mason? Co wy tu robicie? - zapytała Rose, uśmiechając się szeroko. Uśmiech rozpromienił jej twarz. Wyglądała ślicznie z tym uśmiechem na twarzy.
- Przyszliśmy się trochę zabawić - wyjaśnił chłopak z kruczoczarnymi włosami. Z tego, co pamiętam, nazywał się Christian.
- I ja o niczym nie wiem? - Rose skrzyżowała ramiona na piersi.
- Sorki, Rose, ale wiedziałam, że masz szlaban, więc nic ci nie mówiłam, żeby nie było ci przykro, że nie możesz z nami iść. Właśnie, co ty tu robisz? - spytała Lissa.
Rose wzruszyła ramionami.
- Udało mi się wyrwać z domu, bo rodzice mają rocznicę ślubu i nie miałam zamiaru słuchać tych wszystkich odgłosów - wzdrygnęła się teatralnie.
- Kim są twoi przyjaciele? - zapytał rudowłosy chłopak, patrząc na moje siostry z zaciekawieniem.
- Oh, tak, to jest Dymitr, ale jego już znacie. A to jego siostry: Karolina, Sonia i Wiktoria - przedstawiła nas Rose.
-Cześć - nastolatkowie uśmiechnęli się przyjaźnie.
- Hej - odpowiedziały moje siostry.
- To może bawmy się razem, co? - zaproponowała Rose. Wszyscy się zgodzili.

***

Wyszliśmy z klubu bardzo późno. Dziewczyny trochę się upiły, chociaż najbardziej Rose. Wiktoria za to czuła, że w domu będzie musiała wysłuchać mojego kazania na temat picia alkoholu w tak młodym wieku.
Dobrze, że Sonia była całkowicie trzeźwa. Pomogła mi doprowadzić dziewczyny do samochodu. Przyjaciele Rose byli wstawieni, ale nie pijani. Wyszli z klubu razem z nami, ale wracali do domu pieszo.
Najpierw odwiozłem siostry pod dom i zostawiłem je pod opieką Soni. Dziewczyny całkiem trzymały się na nogach, więc nie bałem się o nie. Następnie ruszyłem do willi pana Mazura.
- Ale przyznaj, że zabawa była genialna - zaśmiała się Rose. Dobry humor jej nie opuszczał. Dobrze wiedziałem, że to sprawka alkoholu. Ale jedno muszę przyznać. Ma dziewczyna silną głowę.
- Tak, była - odparłem.
Wjechałem na teren willi i zaparkowałem w podziemnym garażu. Rose wysiadła z samochodu w tym samym momencie co ja. Dziewczyna chciała iść sama, jednak zachwiała się i gdyby nie oparła się o samochód, to by się przewróciła. Zaczęła się głośno śmiać.
Podszedłem do niej. W duchu modliłem się, żeby pan Mazur nie zabił mnie za to, w jakim stanie Rose wróciła do domu. Chociaż już raz widziałem ją skacowaną i pan Mazur nie wyglądał na zbytnio przejętego.
-Może pomogę? - spytałem, łapiąc ją za nadgarstki.
- Z chęcią - zaśmiała się.
Byłem ciekaw, czy będzie jutro wszystko pamiętać. Wziąłem ją na ręce niczym pannę młodą i ruszyłem w stronę jej pokoju.
W domu było ciemno. Państwo Mazur musieli już spać. Ostrożnie przechodziłem przez korytarze, starając się nie zrzucić żadnego z drogocennych wazonów.
-Wiesz co ci powiem? - zachichotała Rose, odchylając głowę do tyłu.
Uniosłem jedną brew, chociaż wiedziałem, że tego nie widzi, bo jest za ciemno.
- Kocham cię - powiedziała, opierając głowę na moim ramieniu.
Wiedziałem, że Rose jest pijana i będzie teraz wygadywać głupoty. Dobrze o tym wiedziałem. Więc czemu moje serce zaczęło szybciej bić? Dlaczego kąciki moich ust uniosły się w delikatnym uśmiechu? Ale nie mogłem zaprzeczyć, że miło było to usłyszeć.
Zaśmiałem się cicho. Na trzeźwo nigdy by tego nie powiedziała, jestem tego pewien. W końcu jestem tylko pomocą domową, a ona dziewczyną, której rodzice są najbogatszymi ludźmi w okolicy. Można powiedzieć, że wręcz spali na pieniądzach. Co ja bym mógł Rose zaoferować?
Doszedłem z dziewczyną do jej sypialni i po cichu wszedłem do środka. Położyłem Rose na jej łóżku. Już chciałem odejść, jednak dziewczyna nie chciała mnie puścić. Obejmowała moją szyję, śmiejąc się coraz ciszej.
- Naprawdę cię kocham - powiedziała, spoglądając mi prosto w oczy. Pokręciłem głową.
- Gadasz głupoty. Musisz się wyspać. No już - uśmiechnąłem się.
Wtedy Rose nagle przyciągnęła mnie bliżej i złączyła nasze usta. Stało się to tak szybko, że nawet nie zdążyłem zareagować. W pierwszej chwili nie wiedziałem co robić. Jednak sekundę później oddałem pocałunek ze zdwojoną siłą.
Rose miała ciepłe i miękkie usta. Z każdą chwilą chciałem więcej. Pocałunek był słodki. Zatraciłem się całkowicie. Nic mnie teraz nie obchodziło. Była tylko Rose.
Nie poznawałem się. Co się ze mną stało? Co Rose ze mną zrobiła?
Po chwili odsunąłem się od dziewczyny.
- A teraz już śpij - zarządziłem stanowczo, przykrywając ją kołdrą.
- Taak. Dobrano - mruknęła.
Uśmiechnąłem się pod nosem i opuściłem jej pokój. Po cichu wyszedłem z willi, a potem ruszyłem do siebie. Czekała mnie kilkuminutowa wędrówka sam na sam z myślami. 
____________________________________________
I oto kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się podoba taki na święta 😁😁
Razem z Martą chcemy wam życzyć wesołych i udanych świąt, dużo jedzenia, rodzinnej atmosfery, śniegu i waszego wymarzonego Dymitra. Pochwalcie się, co znaleźliście pod choinką.
~Karinga 💖💖💖💖

wtorek, 12 grudnia 2017

Rozdział 15

- Ta będzie idealna!- wykrzyknęłam w zachwycie, kiedy Karolina weszła z przymierzalni w czerwonej, obcisłej sukience do połowy uda.
- Myślisz? - spojrzała na siebie niepewnie.
- Rose, co myślisz o... Wow! - obok nas pojawiła się Wiki z czarnym materiałem. Ale on już leżał na ziemi, gdy dziewczyna patrzyła z zachwytem na najstarszą siostrę.- Wow. Karo, wyglądasz w tym jak bomba sexu. Bierzesz ją!
Spojrzałam na kobietę w sukience z uśmiechem mówiącym "Widzisz?". Ta już bez słowa wróciła za zasłonę.
- Pokazuj co tam masz - zwróciłam się do nastolatki.
Przybliżyła do ciała czarną sukienkę z poziomymi wycięciami u góry pleców. Na dekolcie była wiązana przy dekolcie. Zastanowiłam się chwilę.
- A przymierz ją.
Bielikówna od razu weszła do pomieszczenia. Sekundę później z przymierzalni obok wyszła smutna Karolina. Dotknęłam jej ramienia.
- Co się stało?- spytałam zmartwiona.- Nie podoba ci się?
- Nie, jest piękna, ale... nie stać mnie mną nią.
- O to się nie martw. Ja was wyciągam, ja płacę.
- Ale...
- Żadnego ale. I nie przyjmuję odmowy, bo każe ojcu zwolnić Dymitra- mrugam do niej.
- Dziękuję Rose - przytuliła mnie niespodziewanie. - Tak dawno nigdzie nie wychodziłam.
- Nie liczcie, że to ostatni raz. Kogo raz wyciągam na imprezę, ten się od następnych nie wymiga- obie zaczęłyśmy się śmiać.
- I co myślicie - naszą uwagę zwróciła Wiktoria.
- Wow - Karolina otwierała i zamykała usta. - Jeśli ja jestem bombą sexu, to ty już jesteś jego wulkanem.
- Nie wiem co wybrać - przed nami pojawiła się trzecia z Bielikówn. Dopiero po chwili zauważyła Wiki i zamarła, skanując ja od dołu do góry - Dimka cię zabije.
- Emm - najmłodsza przeglądała się w lustrze, pozując, po czym odwróciła się do nas i wzruszyła ramionami - Przeżyję.
- Bierzesz ją. A teraz pomożemy tobie - pociągnęłam Sonię na sklep.- Sukienka, spódnica czy spodnie?
- Chyba wolę spodnie - stwierdziła niepewnie.
Poszłyśmy na dział damski i stanęłyśmy przy spodniach. Szybko wybrałam ciemne jeansy z przetarciami na udach i dziurami w poprzek na kolanach. Podałam je Soni i pociągnęłam ją do działu z bluzkami dla ciężarnych. Przeglądałam dużo i wybrałam idealny, żółty top crop z koronką. Pokazałam to Soni, ale jej chyba się nie spodobało.
- Wolę coś skromniejszego i wolę niebieski.
-Jak chcesz. - Znowu zaczęłam przeglądać ubrania. W końcu znalazłam śliczną, błękitną bluzkę z rękawami trzy czwarte. - Ta może być?
Sonia pokiwała głową, wzięła bluzkę i poszła w stronę przymierzalni. Czekałam na nią chwilkę. Kiedy wyszła, uśmiechnęłam się szeroko.
-Wyglądasz cudnie! - klasnęłam szczęśliwa w dłonie. 
-Może i tak, ale widzisz tą cenę? - spytała smutna, spoglądając na metkę.
-Na to nie patrz. A teraz przebierz się w swoje ciuszki. No już - popchnęłam ją delikatnie w stronę przymierzalni.
Podczas gdy Sonia się przebierała, ja poszłam poszukać czegoś dla siebie. Nie chciałam iść do klubu w spodniach, kiedy siostry Dymitra będą miały sukienki. No, poza Sonią, ale ona jest w ciąży i to jest inna sytuacja.
Znalazłam piękną, czarną, obcisłą sukienkę na ramiączkach z dość dużym dekoltem. Od razu się w niej zakochałam i wiedziałam, że muszę ją mieć. Była prosta, ale niezwykle piękna.
Ruszyłam do przymierzalni. Sonia już wyszła i stała przy swoich siostrach, rozmawiając o czymś. Każda trzymała swoje nowe ubrania. Uśmiechały się od ucha do ucha. Aż zrobiło mi się ciepło na sercu.
Czmychnęłam do przymierzalni i ubrałam sukienkę. Przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że jest to idealne ubranie do klubu. Ściągnęłam ją z siebie, założyłam swoje ciuchy i wyszłam zza kurtyny.
-No, chodźcie do kasy - powiedziałam do dziewczyn i ruszyłam przodem.
Przy kasie zapłaciłam za nasze zakupy. Nadal widziałam niezdecydowanie na twarzach Karoliny i Soni. Gdyby wiedziały, ile Abe ma pieniędzy, nie byłyby takie niepewne.
Wyszłyśmy ze sklepu prosto na parking. Odnalazłyśmy w ciemnościach samochód, w którym czekał na nas Dymitr i wsiadłyśmy do niego.
-Już myślałem, że się was nie doczekam - mruknął Rosjanin, spoglądając na naszą czwórkę.
-Musiałyśmy wybrać idealne stroje. I tak poszło nam szybko - odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko.
-Rozumiem. - Dymitr przekręcił klucz w stacyjce i wyjechał z parkingu. Poinstruowałam go jak dojechać do klubu i już po chwili zaparkowaliśmy pod budynkiem.
-Świetnie. To my idziemy się przebrać, a ty tu czekaj, bo będziemy musiały tu przynieść ciuchy - powiedziałam, odpinając pas.
-Dobrze, tylko się pospieszcie, błagam - poprosił, udając załamanego.
-Jasne. I tak wiem, że lubisz siedzieć w tym samochodzie - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
-Właśnie że nie. Boję się, że coś dotknę i popsuję i będę musiał zapłacić za naprawę.
-Słuchaj, skoro ja tu jeszcze niczego nie zepsułam, to ty tym bardziej nie zepsujesz.
Wysiadłam z dziewczynami z samochodu i od razu poszłyśmy w stronę wejścia do klubu. Tak jak myślałam, o tej porze przed drzwiami była dość długa kolejka. I - również jak myślałam - swoją zmianę miał teraz Jack - ochroniarz, który dobrze mnie znał. Całkiem go lubiłam.
-Cześć, Rose - uśmiechnął się. - Dzisiaj przyszłaś z koleżankami?
-Jak widać. Musimy tylko szybko się dostać do łazienki, żeby się przebrać - uśmiechnęłam się słodko.
-Wchodźcie - Jack się zaśmiał i pozwolił nam wejść.
Łazienki znajdowały się jeszcze na korytarzu, więc muzyki nie było zbytnio słychać, choć wiedziałam, że na sali będziemy musieli się nieźle wydzierać, żeby się usłyszeć.
W pomieszczeniu było dość kabin, żebyśmy mogły się przebierać w tym samym czasie. Następnie podeszłyśmy do umywalek i przejrzałyśmy się w lustrze.
-Może trochę tuszu do rzęs? - wyciągnęłam z kieszeni kurtki tusz do rzęs. Chyba wszędzie miałam tusze: w kurtkach, samochodach, torebkach i plecakach.
-Z chęcią.

Dymitr
Wysiadłem z samochodu, żeby rozprostować kości. Tak naprawdę to nie wierzyłem, że dziewczyny się pospieszą. Miały się streszczać w sklepie i jeżeli to było dla nich szybko, to teraz pewnie też będę czekał z pół godziny.
Przed drzwiami do klubu była ogromna kolejka, ale widziałem, jak ochroniarz wpuścił dziewczyny poza nią. Przynajmniej nie będę musiał czekać na wejście. 
Zacząłem rozglądać się po okolicy. Klub znajdował się na obrzeżu miasta, przez co panowała tu względna cisza. Jednak nie wyobrażam sobie jakiejś młodej dziewczyny, która wraca po ciemku do domu. Tu jest bardziej niebezpiecznie niż w centrum miasta. 
Odwróciłem się z powrotem w stronę klubu, kiedy dziewczyny już wracały. Nie powiem, zamurowało mnie. Wszystkie wyglądały oszałamiająco. 
Podeszły do samochodu i wrzuciły ubrania do auta. Nadal nie odrywałem od nich wzroku. 
-I co Towarzyszu? Tym razem się pospieszyłyśmy - powiedziała Rose, uśmiechając się. Ciekawe, czy była świadoma tego, jak bardzo ten uśmiech rozpromieniał jej twarz. 
Starałem się skupić całą uwagę na jej twarzy, a nie na tym, jak bardzo sukienka podkreślała jej kształty. No i na to, że teraz miała odkryte nogi. Cóż, jestem tylko mężczyzną, tak?
Lampy były daleko, więc staliśmy w cieniu. W skromnym świetle księżyca, twarz Rose wyglądała jeszcze piękniej niż za dnia. O ile to było jeszcze możliwe. Jej długie rzęsy rzucały cienie na jej policzki. Wyglądała niczym anioł.
-Tak, teraz tak - przyznałem. 
-Świetnie. Możemy już iść. Zimno mi w nogi - powiedziała, spoglądając na moje siostry.
Również na nie spojrzałem. Zatrzymałem swój wzrok na Wiktorii.
-Nawet nie myśl, że gdzieś cię puszczę w tej sukience - skrzyżowałem ramiona na piersi. 
-Oj, Dimka, nie przesadzaj - westchnęła.
-Przesadzam? To nie jest sukienka dla ciebie. Ile ty masz lat?
-Przyszłam się tu bawić, a nie szukać chłopaka - burknęła, zaczynając bitwę na spojrzenia.
-Właśnie - wtrąciła się Rose - przyszliśmy się tu bawić! Chodźcie, bo zamarznę!
Tym razem odpuściłem Wiktorii. Ruszyliśmy do klubu. Weszliśmy poza kolejką. Zostawiliśmy kurtki w szatni i weszliśmy do sali.
Muzyka była bardzo głośnia. Wszędzie migały światła. Na parkiecie tańczyli ludzie, ocierając się o swoje ciała. W powietrzu czuć było pot. 
Szliśmy za Rose. Zaprowadziła nas pod ścianę, gdzie były stoliki i kanapy. Znaleźliśmy wolne miejsca i usiedliśmy.
-Chcecie coś do picia? - zapytała nas Rose. Musiała krzyczeć, żebyśmy w ogóle coś usłyszeli.
Dziewczyny powiedziały co chcą, a ja poszedłem z Rose do baru. Musieliśmy się przeciskać między ludźmi, żeby tam dojść. 
Rose złożyła zamówienie i zapłaciła za napoje. Wzięliśmy szklanki i wróciliśmy do dziewczyn.
Przez dwie godziny się bawiliśmy. Uśmiechałem się, widząc szczęśliwe twarze sióstr. Byłem Rose niezwykle wdzięczny, za wzięcie ich do klubu. 
Po tych dwóch godzinach wróciliśmy na kanapy, żeby trochę odpocząć. Rose, Karolina i Wiktoria miały już trochę wypite. Wyraźnie zabroniłem Wiktorii pić, ale i tak piła, kiedy akurat nie patrzyłem. Obiecałem sobie później to z nią wyjaśnić. Po niecałej minuty do naszego stolika podszedł jakiś chłopak. Był trochę młodszy ode mnie. Na sobie miał rozpiętą do połowy koszulę i jeansy. Wyciągnął rękę w stronę Rose.
-Zatańczysz ze mną? - usłyszałem.
Przez chwilę Rose nie odpowiadała, ale ostatecznie się zgodziła. Wstała i poszła z chłopakiem na parkiet. Nie odrywałem od niej wzroku. Przyznam szczerze, że ten typek mi się nie podobał. 
Rose wyglądała przepięknie, kiedy tańczyła. Można by ją pomylić z zawodową tancerką. 
Kiedy DJ puścił kolejną piosenkę, chłopak zaczął się bardziej zbliżać do dziewczyny. Nie podobało mi się to. I to bardzo. 
Wkroczyłem, kiedy stwierdziłem, że chłopak zaczyna się powoli dobierać do Rose. Złapałem dziewczynę za nadgarstek i po prostu odciągnąłem ją od chłopaka.
-Masz ochotę na krótki spacer? - spytałem, patrząc na chłopaka, który wyglądał, jakby miał się zaraz na mnie rzucić.
Rose zachichotała i przysunęła się do mnie. Stanęła na palcach, opierając dłonie na mojej klatce piersiowej. Nachyliła się i szepnęła mi do ucha:
-Z tobą zawsze.
Jej usta muskały moje ucho, bo w klubie było za głośno i inaczej nic bym nie słyszał. Nie wiedziałem co myśleć o jej zachowaniu.
Otarła się delikatnie o mnie, puściła oczko i ruszyła do drzwi. Pospiesznie ruszyłem za nią, żeby nie zrobiła czegoś głupiego.

środa, 6 grudnia 2017

Rozdział 14

Może trochę późno, ale   postanowiłyśmy, że pobawimy się w Mikołajki. A oto świeżo upieczony prezent dla was. Co jeszcze dostaliście? Pochwalcie się swoimi prezentami. A może ktoś dostał od was prezent? Czekamy na komentarze i miłego czytania kochani 💖💖💖💖
 ______________________________________________________________________________
- To gdzie jedziemy?- spytałam Dymitra, chcąc zacząć jakąś rozmowę.
Zdjęłam kurtkę i chustę, po czym rzuciłam je na tylne siedzenie. On sam miał swoją rozpiętą do końca mostka.
- Na razie przed siebie. A masz jakieś konkretne życzenia?- spojrzał na mnie ciekawy.
- Nie wiem... - zamyśliłam się.
- Zrobimy tak. Pojedziemy do najbliższego miasta i pokażesz mi uroki okolicy.
- Zgoda- spodobała mi się ta propozycja.- Powiedz mi coś jeszcze o sobie. Na przykład w jakim wieku nauczyłeś się gotować, albo coś o swoich siostrach?
- Jesteś bardzo ciekawska- zauważył z uśmiechem.
- Wiesz, chyba zaczynam traktować cię jak przyjaciela i chciałabym trochę o tobie wiedzieć -wyznałam, odwracając wzrok.- Chyba, że nie chcesz.
- Nie, nie przeszkadza mi to - uśmiechnął się przyjaźnie.- W sumie ja też cię tak chyba traktuję. To hem... Gotować zacząłem mając 10 lat. Już wtedy z Karoliną, moją najstarszą siostrą, pomagaliśmy mamie w kuchni.
- Naprawdę?
- Tak. Od zawsze mnie to intrygowało, jak z kilku składników robiła tak pyszne potrawy- mówił z wielkim zaangażowaniem, co wywołało mój uśmiech. Było widać, że kocha ten temat.
- No i sam się nauczyłeś.
- To prawda, choć mojej mamie i tak wychodzi lepiej.
- Lepiej niż tobie?! - nie wierzyłam, ale na potwierdzenie Bielikow kiwnął głową.- O ja cie! Chciałabym spróbować jej kuchni.
- Nie wiem, czy wtedy nie zostałby zwolniony na jej rzecz - zaśmiał się.
- Nie sądzę. Ewentualnie mogłaby tylko gotować, a ty byś dalej sprzątał. A co mi powiesz o siostrach?
- Jak wiesz mam ich trzy. Najstarsza Karolina ma już dwójkę dzieci. Zoję zdążyłaś poznać- spojrzał na mnie, nie przestając się uśmiechać.
- Tak. Urocza - wspomniałam wizytę młodej Bielikówny.- A co z jej ojcem? Bo mówiłeś, że mieszkasz z samymi kobietami.
- Ojciec jej, jest też ojcem starszego syna Karoliny, Pawki. Uwiódł ją dwa razy i dwa razy porzucił z brzuchem - zacisnął dłonie na kierownicy.
- Oł. Przepraszam, nie powinnam pytać.
- Nic nie szkodzi. Po prostu nienawidzę takiego zachowania mężczyzn - trochę się rozluźnił.
- Dlatego tak bardzo chciałeś żebym rozstała się z Jessem?- zrozumiałam.
- Żadna kobieta nie zasługuje na takie traktowanie. I nie chciałem, żebyś skończyła jak Karolina. To nic przyjemnego.
- Wyobrażam sobie...
- Mówiłem jej, żeby do niego nie wracała, ale ona nie słuchała, mówiąc, że się zmienił. A niestety i tak wyszło na moje.
- Przykro mi. Ale przynajmniej macie takie słoneczko jak Zoję - uśmiechnęłam się pokrzepiająco.
- To prawda, kochamy ją, ale ile Karolina przepłakała nocy, to ona tylko wie.
- A co z kolejnymi siostrami? - zmieniłam temat
- Wiki już poznałaś, przelotem. Jest od ciebie o rok młodsza. Za to trzecia, Sonia jest między mną, a Wiki. Ona jest w pierwszej ciąży. Zanim zapytasz, ma chłopaka, a nawet narzeczonego, ale nie mógł wyjechać. Ale obiecał jej, że jak zarobi, to przyjedzie i kupi jej dom i zrobią skromne wesele.
- Ciekawe.
- On chciał, żeby została z nim, ale Sonia nie chciała nas zostawiać bez dodatkowego źródła pieniędzy.
- To trochę smutne. Musi za nim tęsknić.
Zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Czy ja kiedykolwiek tęskniłam za chłopakiem? Czy kiedykolwiek miałam prawdziwego chłopaka, który by mnie kochał? Czy ja w ogóle wiem, co to miłość? Większość moich kontaktów z płcią męską to był taniec na imprezie i całowanie w kącie. Dotychczas mi to nie przeszkadzało, ale nagle poczułam smutek. Co ja ze sobą zrobiłam? Lissa ma już chłopaka od roku, a ja tylko szlajam się po imprezach. Niby moje życie jest super, rozrywkowe, towarzyskie, a jednak teraz widzę, jak bardzo puste i nie ważne. Bo co mi dawało? Poranki z bólem głowy i zaniki pamięci. Co mi daje popularność, jak i tak kiedyś będę miała tylko małą grupę prawdziwych przyjaciół? Czy to na prawdę jest tego warte? Jestem w ostatniej klasie, chyba powinnam się w końcu ogarnąć w życiu.
- Ziemia do Rose - usłyszałam śmiech z boku i machającą mi przed nosem rękę.
- C-co? - ocknęłam się.
- Zawiesiłaś się - zauważył.
- Wybacz - uśmiechnęłam się przepraszająco. - Zamyśliłam się.
- A o czym, jeśli można wiedzieć?
- A nic takiego, robiłam bilans swojego dotychczasowego życia.
- Nie za młoda jesteś? Przed tobą jeszcze całe życie - zaśmiał się.
- No właśnie nie. Dzięki naszym rozmową zauważyłam, że nie mam nic oprócz najbliższych przyjaciół i rodziny. Moje życie to ciągłe imprezy. Nawet nigdy nie byłam zakochana. Co to za życie?
- Nie jest złe, nie masz czego żałować. Też nie można popadać ze skrajności w skrajność. Jesteś młoda, baw się, korzystaj z życia póki możesz. Karolina wiele by oddała, żeby jak kiedyś móc iść na imprezę, dobrze się bawić i nic nie pamiętać.
Nagle wpadłam na pomysł.
- Zawieź mnie do waszego domu - zarządziłam.
- Co?!- spojrzał na mnie zdziwiony i trochę wystraszony.
- No to - uśmiechnęła się i skierowałam mu głowę na drogę. Ale i tak ukradkowo patrzył na mnie.- Chętnie poznam twoją rodzinę i gdzieś wyciągniemy dziewczyny. Chyba, że twoja mama nie zechce się zająć dziećmi.
- Raczej będzie chciała, ale nie wiem, czy one będą chciały iść - wciąż nie był przekonany.
- No nie daj się prosić. Sam mówiłeś, że chciałyby iść się zabawić.
- Ehh... no dobrze - skręcił na odpowiednią drogę.- Tylko nie wystrasz się, gdy będziemy na miejscu. Nie mieszkamy w najlepszych warunkach.
- Spokojnie, na pewno nie jest tak źle.
***
Jednak się myliłam. Mieszkali w najgorszej okolicy miasta. Wszędzie obskurne, brudne, obdrapane z farby kamienice. Na każdej ulicy siedział jakiś zarośnięty facet, albo mama z niemowlakiem z kubkiem przed sobą na pieniądze, a w każdej branie stali i palili jacyś podejrzani, zakapturzeni goście. Patrzyłam na to wszystko z przerażeniem i niedowierzaniem. Mając wszystko, nie zastanawiam się o tych, co nie mają nic. Zatrzymaliśmy się przed jedną z kamienic.
- Poczekaj tutaj- poprosił, odpinając pas.
- Nie ma mowy! - zanim zdarzył zareagować, wyszłam i założyłam kurtkę. - Idę tam z Tobą i mnie nie powstrzymasz.
- Na prawdę nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
-Bzdura - odparłam i zapięłam zamek kurtki pod samą szyję. 
Dymitr cicho westchnął.
-No dobra - poddał się. 
Ruszyliśmy w stronę jednej z kamienic, a ja zaczęłam się w duchu modlić, żeby nikt nie zarysował auta ojca, bo inaczej będę miała karę do końca życia. 
W paru mieszkaniach paliło się światło. Latarnie przed drzwiami irytująco migały. Widok jak z filmu. Nawet nie wiedziałam, że w mieście znajduje się takie miejsce jak to. Może jest takich więcej? 
Trzymałam się blisko Dymitra, bo nie podobali mi się mijani faceci. Nie dość, że byli brudni, to śmierdziało od nich alkoholem i moczem. Jak można doprowadzić się do takiego stanu? 
Dymitr otworzył drzwi kamienicy i puścił mnie przodem. Jak w typowej kamienicy, na wejściu znajdowały się skrzynki na listy. Większość była poniszczona, zardzewiała. Poczułam nieprzyjemny zapach, ale nie mogłam stwierdzić, co to takiego. Było tu strasznie zimno. Na ścianie znajdowały się dwa, dość wulgarne graffiti. 
-Dobra, to które piętro? - spytałam, odwracając się do Rosjanina.
-Trzecie - odparł, chowając ręce do kieszeń kurtki.
-Okejka - odwróciłam się  i zaczęłam wchodzić po schodach.
Im wyżej byliśmy, tym więcej graffiti znajdowało się na ścianach. Na pierwszej klatce schodowej, w rogu, leżała mała sterta butelek po tanim piwie. Coraz bardziej śmierdziało. Miałam ochotę otworzyć jedno z tych małych okien i trochę tu wywietrzyć. Odór był nie do zniesienia. Przynajmniej dla mnie. 
Na drugim piętrze już wiedziałam co tak śmierdzi. Mocz. Zapewne ci pijacy, którzy wracali do domów późną nocą, załatwiali swoje potrzeby już na klatce schodowej. Obrzydliwe. To smutne, że Dymitr i jego rodzina muszą żyć w takim miejscu. Z chęcią kupiłabym im lepszy dom, ale jestem jeszcze niepełnoletnia, a ojciec nie za bardzo lubi kupować drogie rzeczy obcym osobom. Nie przekonałabym go. 
Starałam się nie spoglądać na odrzucające graffiti. Rysunki i zboczone teksty jakoś nie wydawały mi się czymś fajnym, jak uważała większość część chłopaków. Mam nadzieję, że Zoja nie umie jeszcze dobrze czytać i nie wie, co oznaczają te rysunki. 
W końcu stanęliśmy przed drzwiami do mieszkania Dymitra i jego rodziny. Numer 6 na drzwiach ledwo się trzymał. Bałam się, że kiedy Dymitr otworzy drzwi, to całkiem odpadnie. 
Rosjanin wyjął z kieszeni klucze i otworzył drzwi. Pokazałam mu, żeby wszedł pierwszy, ja poszłam krok za nim. Zamknęłam za sobą drzwi i stanęłam pod ścianą. Malutki przedpokój prezentował się bardzo ładnie. Było skromnie, ale przytulnie. Stała tu mała szafka na buty, kosz na parasolki oraz wieszak na kurtki. Na podłodze leżała wycieraczka. Było tu troje drzwi, z czego jedne były otwarte. Widziałam kawałek  salonu. O ile się nie mylę, na ziemi siedziała Wiktoria. Trzymała w ręce długopis, a na kolanach miała otwartą książkę i zeszyt.
-Dimka, to ty?
Usłyszałam kobiecy głos. To musiała być mama Dymitra.
-Tak - odpowiedział Rosjanin. - Mamo, chcesz się zaopiekować Zoją i Pawką?
-Czemu? - usłyszałam zdziwienie w jej głosie.
Wiktoria nadal nie odwracała wzroku od książki, marszcząc brwi.
-Chcielibyśmy zabrać gdzieś dziewczyny - wyjaśnił Dymitr, zerkając na mnie. Uśmiechnęłam się delikatnie. Dlaczego moje serce szybciej zabiło?
-My? - usłyszałam, jak ktoś idzie w stronę przedpokoju.
Wiktoria spojrzała na nas i zrobiła wielkie oczy. Nagle w drzwiach pojawiła się starsza, trochę niższa ode mnie kobieta. Na jej twarzy było już kilka zmarszczek, a na jej głowie pojawiały się pierwsze siwe włosy. Uśmiechnęłam się trochę szerzej. Za plecami kobiety pojawiły się dwie inne dziewczyny. To musiały być Karolina i Sonia. Były niezwykle podobne do swojej mamy. Przysięgam, że oczy i kolor włosów był identyczny jak u Dymitra. Nawet nieznajomy powiedziałby od razu, że są rodzeństwem. 
-To jest Rose, Rose to jest moja mama oraz Karolina i Sonia - przedstawił nas sobie.
-Dobry wieczór - przywitałam się, pamiętając, że o tej godzinie mówi się już "dobry wieczór", a nie "dzień dobry".
-Witaj - przywitała mnie mama Dymitra, uśmiechając się szerzej, przez co na jej twarzy pojawiło się jeszcze więcej zmarszczek.
Następnie zwróciła się do Dymitra.
-Powiesz coś więcej o waszych planach?
Rosjanin uśmiechnął się szerzej.
-Rose wpadła na pomysł, żeby zabrać dziewczyny na jakąś imprezę - wytłumaczył.
Zobaczyłam, jak Karolina i Sonia wymieniają lekko przerażone spojrzenia. Wystraszyłam je?
-No nie wiem. Jutro muszę wstać do pracy, więc odpadam. sorki - powiedziała starsza siostra Dymitra, unosząc ręce.
-A ja... ja się źle czuję - powiedziała Sonia, tak mi się mocno wydaje.
-A ja z chęcią pójdę - zza dziewczyn wyszła uśmiechnięta Wiktoria.
Dymitr skrzyżował ramiona na piersi. 
-Wiem, że kłamiecie. No już, ubierać się.
-Ale Dimka...- Karolina podeszła i szepnęła mu na ucho, jednak wszystko słyszałam- My przecież nie mamy żadnych sukienek...
- O to nie musicie się martwić. Wstąpimy po drodze do sklepu- zapewniłam. - No nie dajcie się prosić.
- Ale...
- No już. Później będziesz marudzić, że cię nie wzięliśmy - przerwał starszej siostrze Rosjanin. Powstrzymałam się przed roześmianiem się.
Po paru minutach takiej wymiany zdań, dziewczyny dały się przekonać i po chwili wychodziliśmy z kamienicy. Na szczęście nikt nie uszkodził auta ojca. Kamień z serca. 
Wyjechaliśmy na główną drogę. Pokierowałam Dymitra do jednego z lepszych centrów handlowych, a później powiedziałam, gdzie idziemy do klubu. Ochroniarz mnie znał i miałam pewność, że wpuści nas poza kolejką. Czas się zabawić!

sobota, 2 grudnia 2017

Rozdział 13

Wróciłam z Dymitrem do domu. Rodziców jeszcze nie było. Od razu zabraliśmy się za robienie romantycznej kolacji. Znaczy się, Dymitr gotował, a ja mówiłam, jak to wszystko sobie wyobrażam.
-O! I gdybyś jeszcze ułożył te krewetki w koło, a w środek położył sałatę i polałbyś to wszystko tym brązowym sosem, to byłoby pięknie! - wyrzuciłam ramiona w górę, a Dymitr zaśmiał się cicho.
-Zrozumiałem, szefowo - zasalutował, po czym wrócił do gotowania.
Uśmiechnęłam się. Sięgnęłam po jabłko i wzięłam potężny kęs.
- Tak dobrze? - pyta.
Spojrzałam na talerz, gdzie wszystko wyglądało tak, jak to sobie wyobrażałam, a nawet lepiej.
- Idealnie - patrzyłam na to jak zaczarowana.- Aż zgłodniałam.
- Cieszę się - powiedział z zadowoleniem w głosie. 
-To ja może pójdę po jakiś ładny obrus, świeczki i te sprawy.
Zeskoczyłam z blatu i poszłam szukać potrzebnych mi rzeczy. Po paru minutach stół w jadalni prezentował się pięknie. Dumna z efektu, wróciłam do kuchni. Dymitr miał już gotowe danie główne i przystawkę, a teraz robił lody według swojego przepisu. Podeszłam do niego i zaczęłam się przyglądać.
-Pamiętaj, że masz zrobić jeszcze porcję dla mnie - przypomniałam mu. 
-Pamiętam - odpowiedział z uśmiechem.
Odsunęłam się trochę i... zrzuciłam mąkę z wyspy kuchennej. Odruchowo przyłożyłam dłoń do ust.
-Ups! - zapiszczałam.
Jednocześnie z Dymitrem ukucnęliśmy, żeby posprzątać. Chwyciłam pierwszą lepszą miskę, żeby do niej wsypywać mąkę. Po chwili sprzątania wpadłam na genialny pomysł.
Wzięłam trochę mąki na rękę i zdmuchnęłam ją na Dymitra. Nie spodziewałam się takiej szybkiej reakcji z jego strony. Niemal natychmiast ja również byłam w mące. Usłyszałam jego śmiech. Przetarłam twarz i rzuciłam w niego drugi raz białym proszkiem. 
Zaczęła się istna bitwa. Po chwili połowa kuchni była w mące. W końcu zrobiłam coś, czego się nie spodziewał. Wzięłam miskę, do której wsypywaliśmy mąkę i całą jej zawartość wysypałam mu na głowę.
-Wygrałam - oznajmiłam, odkładając miskę.
-To było nie fair - odparł Rosjanin.
-Akurat! Po prostu nie możesz znieść myśli, że cię pokonałam.
Wypięłam dumnie pierś do przodu i głośno się zaśmiałam.
Wyciągnęłam rękę i strzepnęłam Dymitrowi nadmiar mąki z czubka głowy. 
-Jesteś siwy - zachichotałam. Wyglądał prześmiesznie.
-Ty też, więc się tak nie ciesz.
Kiedy się trochę opanowaliśmy, na serio posprzątaliśmy podłogę (czytajcie: podłogę i blaty). Następnie poszliśmy do łazienki, żeby ogarnąć włosy. Kiedy wyglądaliśmy już normalnie, wróciliśmy do kuchni.
Dymitr dokończył przygotowywać deser, po czym wstawił go do zamrażalnika, a mi podał moją porcję.
-Dziękuję - wzięłam lody i zaczęłam je jeść. - Niemożliwe, że je przygotowałeś. Przecież one są nieziemskie!
Błyskawicznie zjadłam całą porcję i nadal czułam niedosyt. 
-Jakie to było pyszne!
-Dziękuję - powiedział Dymitr, odbierając ode mnie pucharek.
Usłyszałam otwierane drzwi.
-Rodzice wrócili - oznajmiłam.
 - Postaw mi na wyspę przystawki, a ja ich zaprowadzę do jadalni.
Wyszłam szybko z kuchni i skierowałam się do korytarza. Rodzice akurat zdejmowali kurtki. 
-I jak tam wyjście? - zagadnęłam.
-Było miło. A ty? Byłaś grzeczna? - spytała mama.
Miałam ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałam się.
-Tak. Coś dla was zorganizowałam. Zapraszam do jadalni.
Zaprowadziłam ich do pomieszczenia. Widziałam, że wystrój zrobił na nich wrażenie. Usiedli do stołu i spojrzeli na mnie lekko zaskoczeni. Uśmiechnęłam się szeroko. 
-Zaraz wracam - oznajmiłam, idąc do kuchni.
Dymitr podał mi talerze z przystawkami, posłałam mu uśmiech i poszłam zanieść jedzenie rodzicom.
-Smacznego.
Wycofałam się do kuchni i stanęłam koło Dymitra.
-Czy kiedy rodzice wszystko dostaną, to będziesz chciał mnie wyciągnąć z domu? Rozumiesz, rocznica ślubu i te sprawy... Słychać ich wtedy w całym domu. Nie mam ochoty tego słuchać kolejny rok z rzędu. Jednego razu, gdybym się nie zamknęła w pokoju, to i tam by się zapewne pieprzyli.
Dymitr zdusił chichot. 
-No chyba że będziesz chciał wrócić do domu, bo w sumie to może trochę potrwać, a ty skończysz na dzisiaj pracę i...
-Spokojnie. Jeżeli twoi rodzice się zgodzą, to mogę cię uratować - uśmiechnął się, nadal tłumiąc śmiech.
-Dziękuję! - przytuliłam go mocno.
Zabrałam talerze z głównym daniem i poszłam zanieść je rodzicom. 
-Co wy na to, żeby zostawić wam wolny dom na wieczór? 
Matka spojrzała na mnie podejrzliwie.
-Cóż, normalnie bym się nie zgodziła, ale ze względu na taką niespodziankę mogę ci pozwolić. Ale tylko ten jeden raz.
-Dziękuję. - Przytuliłam mocno rodziców, całując ich w policzki.
Wróciłam do kuchni i spojrzałam na Dymitra.
-Zgodzili się - powiedziałam radośnie.
-Myślałaś już, gdzie chcesz iść? - zapytał.
-Jeszcze nie, ale coś wymyślę, o to się nie martw. 
Wzięłam prezent, który kupiłam dla rodziców.
-Idę go odłożyć do ich pokoju - oznajmiłam i czmychnęłam na piętro.
Idąc do pokoju zaczęłam się nad czymś zastanawiać. Ostatnio często spędzam czas z Dymitrem. Bardzo go polubiłam i czasem zastanawiam się, czy nie za bardzo. Cały czas się przy nim uśmiecham... Nawet Lissa nie wywołuje u mnie ciągłego uśmiechu. Wydaje mi się, że Dymitr staje się moim przyjacielem. I to nawet lepszym od Lissy.
Zostawiłam prezent w pokoju i powoli wróciłam do kuchni.
- Gotowa na wyjście?- spytał Rosjanin.
- A, no tak. Daj mi jeszcze chwilę.
Szybko wbiegła na górę, prosto do swojego pokoju. Przebrałam się w rurki i fioletowa bluzkę, a do tego wzięłam czarne botki. Poprawiłam makijaż, a włosy splotłam w warkocz. Przejrzałam się ostatni raz w lustrze z myślą, czy spodoba się to Dymitrowi. Szybko jednak wrzuciłam tą myśl z głowy. Pewnie jestem dla niego tylko bogatą gówniarą. Potrząsnęłam głową i zeszłam na dół, wcześniej zamykając drzwi na klucz.
- Dłużej nie można było?- mężczyzna przewrócił oczami, za co dostał ode mnie kuksańca.
- Wyszykowałam się najszybciej jak mogłam - prychnęłam, sięgając po kurtkę.
On już czekał ubrany. Szybko się zapięłam i wzięłam z koszyczka pierwsze, lepsze kluczyki. Poczułam powiew zimna, gdy Rosjanin otworzył drzwi.
- Nie tym razem, Towarzyszu - uśmiechnęłam się cwanie. - Pokaże Ci kochanki mojego ojca.
Poszłam w stronę drzwi koło schodów, nie czekając na Dymitra, ale wiedziałam, że idzie za mną. Przechodząc koło jadalni kontem oka zauważyłam, że rodzice już się obściskują. Przewróciłam oczami. Mogliby chociaż poczekać, aż zostaną sami. Otworzyłam drzwi hasłem i weszli w ciemny korytarz. Nie cierpiałam tych schodów. Od zawsze mówię rodzicom, żeby tu zanotowali światło, ale oni uparli się i teraz musimy iść po ciemku. Nagle potknęłam się i cudem zachowałam równowagę. Jednak Dymitr, idąc tuż za mną nie wiedział, że się zatrzymałam i wpadł na mnie. Oboje polecieliśmy na dół i skończyło się, nie mam pojęcia jak, że na dole on upadł na ziemię siedząc, a ja na jego nogach. Automatycznie chyba złapał mnie, żebym nie upadła. Siedziałam tak na nim patrząc w jego piękne oczy i wybuchłam śmiechem, chcąc ukryć zmieszanie i coś jeszcze, ale nie wiem co. Czułam się tak dziwnie będąc tak blisko niego. Szybko wstałam, wciąż chichocząc.
- Przepraszam... - zaczął lekko zawstydzony, ale ja machnęłam ręką.
- Nie przejmuj się, nie mogłeś mnie zobaczyć. Po za tym to było zabawne. A teraz wstawaj i podziwiaj- pokazałam wokół siebie.
- Wow... - odebrało mu głos.
Mój ojciec, chyba jak każdy miliarder, jest miłośnikiem drogich aut. Trzymał je wszystkie w podziemnym parkingu, w którym teraz staliśmy.
- Każdy ma swoje imię. To jest Katrina- wskazywałam po kolei każde lamborghini.- To Sue, Cornella, Ave, Monica, Demi, Tina, Gween i Amanda. A to tylko część. Ma ich chyba z  dwadzieścia. Ale i tak najważniejsze dla niego jest to. Czerwone ferrari super fast, o imieniu Róża północy. Oczywiście, żeby nie było, ja jestem starsza niż to auto. Jeździ nim tylko na ważne wydarzenia.
- Wow!- powtórzył Bielikow, chodząc między samochodami, bojąc się ich dotknąć.
Wcisnęłam guzik na kluczykach, żeby sprawdzić, jaki samochód wylosowałam. Czarny jaguar. Może być.
- Chodź. Jedziemy Vitą.
Podeszłam do auta i z przyzwyczajenia zajęła miejsce pasażera.
- Ja mam tym czyimś kierować? - wystraszył się.
- Masz prawo jazdy?
- No mam, ale...
- No to dawaj - zachęciłam go. - To może być jedyna okazja, kiedy możesz usiąść za kierownicą tak drogiego auta. A jak coś się  stanie, wezmę to na siebie, tak jak ty ostatnio.
- A ja się przyznam i mnie twój ojciec wytrwali - zaśmiał się, ale usiadł.
- To się nie przyznawaj. Ale na moje oko za bardzo jesteś perfekcjonistą, żeby rozwalić takie auto. A teraz ruszaj - popędzałam go rozemocjonowana.
Nawet nie wiem, czym się tak ekscytuję? Może tą wieczorną wycieczką.
- Ale gdzie? - spyta, rozglądając się dookoła.
- W prawo -wskazuję mu, szukając w schowku pilota do bramy.
Odpalił silnik i wyjechał, używając kierunkowskazu. Zaśmiałam się krótko, kręcąc głową.
- O tym mówiłam. Tu nikt by nie użył kierunkowskazu.
- Nawyk - przyznaje.
- Jedź prosto - mówię, wciskając odpowiedni guzik na pilocie.
W odpowiedniej chwili, bo gdy tylko wjeżdżamy na rampę, górna klapa się otwiera na oścież i już jesteśmy po za garażem.
- Wow...- Rosjanin ogląda się za siebie, z otwartą buzią, na zamykającą się blachą
- Lepiej patrz przed siebie- zaśmiałam się.- To gdzie jedziemy?
- Nie wiem, gdzie nas wywiezie, tam pojedziemy.
Otworzyłam tym samym pilotem bramę i opuściliśmy posesję. Jeszce zdążyłam zauważyć światło zapalone w kuchni i  rodziców w środku. Mama siedząca na blacie, już chyba w samym staniku, a tato napierał na nią z pocałunkiem. Szybko odwróciłam wzrok, czując, że się czerwienię. O Boże, jak dobrze, że dom już zniknął mi z oczu. Westchnęłam głośno. W szybie zobaczyłam, że Dymitr patrzy na mnie z uśmiechem. Jednak, gdy na niego spojrzałam, szybko odwrócił wzrok. Nie skomentowałam tego, tylko wygodnie się rozsiadłam w fotelu, włączając podgrzewanie foteli i radio.

_____________________________________________
Tak wiemy, dawno nie było, za co was bardzo przepraszamy, ale obie kończymy nasze szkoły i z czasem jest jak jest. Po za tym koniec semestru i nie ma dnia, żeby nie było czegoś. Sprawdziany, kartkówki, no jest jak jest. Do tego Marta pisze prace na konkurs literacki (trzymamy za nią kciuki) więc raczej nie liczcie za szybko na rozdział. 

~Pozdrawiam, Karinga 💖💖💖💖