sobota, 30 września 2017

Rozdział 8

-I tak doszło do wojny... - Bla, bla, bla. Schowałam twarz w książkę i zamknęłam oczy. Czy tylko mi ta lekcja tak bardzo się dłuży?
-Rose? - usłyszałam szept Lissy. Obróciłam trochę twarz i spojrzałam na przyjaciółkę. - Obudź się.
Pokręciłam przecząco głową i jęknęłam cicho. Chyba źle spałam. Wszystko mnie boli.
Nagle rozległ się dzwonek na przerwę. Zerwałam się natychmiast z miejsca i wyleciałam na korytarz. Lissa podążała za mną.
-Nareszcie! - wyrzuciłam ramiona w górę.
Lissa zachichotała.
-Daj spokój. Historia nie jest taka nudna.
-Tylko dla ciebie. Ja chcę już do domu.
Usiadłyśmy na ławce. Lissa wyjęła zeszyt do matematyki i zaczęła coś przeglądać.
-Co robisz? - spytałam.
-Uczę się. Mamy teraz kartkówkę, zapomniałaś?
Przeklęłam cicho.
-Nienawidzę dzisiejszego dnia.
Sięgnęłam po swój zeszyt i otworzyłam go na przypadkowej stronie.
-Z czego jest?
-Trygonometria - odpowiedziała krótko.
-Nieeee - jęknęłam zrozpaczona. - Będziesz mi pomagać, prawda?
-Jeżeli mi się uda - zaśmiała się.
-Nie dam rady tego napisać nawet na trójkę! Pff, muszę się modlić o dwójkę!
-Spokojnie, nie będzie aż tak źle.
Spojrzałam do zeszytu. Od samego patrzenia na te przykłady robiło mi się słabo.
Dlaczego przerwy są takie krótkie? Zaczęła się lekcja, a ja czułam się, jakbym szła na ścięcie.
-Zabij mnie zanim przekroczę próg klasy, błagam - jęknęłam do Lissy.
-No już tak nie rozpaczaj. Chodź. Pomyśl sobie, że nie tylko ty nie umiesz.
-Ale mnie pocieszyłaś - mruknęłam.
Weszłyśmy do klasy i zajęłyśmy swoje miejsca. Złożyłam ręce i spojrzałam w górę
 -Jeżeli napiszę tą kartkówkę na dwójkę to obiecuję chodzić regularnie do kościoła - powiedziałam.
Do klasy wszedł nauczyciel i już po chwili rozdał nam kartkówki. Zobaczyłam zadania i już wiedziałam, że dostanę pałę.
Zaczęłam coś pisać, zamazywać, poprawiać, ale wiedziałam, że piszę same bzdury. Po połowie lekcji zabrano nam kartkówki. Lissa spojrzała na mnie pytająco.
-Nie zdam, mówię ci - westchnęłam.
-Nauczysz się na sprawdzian i zdasz - uśmiechnęła się.
-Ja nie umiem się nauczyć nawet na kartkówkę! - jęknęłam.
Matematyka była już naszą ostatnią lekcją. Co parę sekund spoglądałam na zegar, czekając na dzwonek. Kiedy w końcu zadzwonił, wyleciałam z klasy jak burza.
-Nareszcie wolność! - wykrzyknęłam i usłyszałam śmiech Lissy.
-Idziemy do piekarni? - spytała.
-Z chęcią - odpowiedziałam.
Wyszłyśmy ze szkoły i ruszyłyśmy powoli do piekarni. Kupiłyśmy sobie po pączku i dalej szłyśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. Doszłyśmy do domu Lissy.
-To do jutra. Tylko zrób zadania domowe - zaśmiała się Lissa.
-Nie wiem czy zdążę... Idę jeszcze z Jessem do kina - mruknęłam.
-O, naprawdę? - spytała Lissa. - Sam cię zaprosił?
-Taak. Może w końcu się ogarnął?
Zamyśliłam się, ale po chwili obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
-To powodzenia i miłego wieczoru. Ja idę się uczyć - powiedziała Lissa. Pożegnałyśmy się, po czym ruszyłam w stronę domu.
Nagle obok mnie zatrzymało się auto. Spojrzałam na kierowcę i uśmiechnęłam się.
Ominęłam szybko samochód i zajęłam miejsce pasażera.
-Cześć Steve. Dzięki tobie będę miała więcej czasu na przebranie się - zaśmiałam się.
-Nie ma za co, panienko.
Szybko dojechaliśmy do willi. Wysiadłam i poszłam do swojego pokoju.
Szybko przejrzałam szafę i w końcu wybrałam moje ulubione dżinsy i miętowy sweterek. Przebrałam się i zeszłam na parter. Weszłam do kuchni i zobaczyłam gotującego Dymitra. Obejrzał się przez ramię.
-Już panienka wróciła? Zaraz będzie obiad - oznajmił tylko.
-Wspaniale.
Wyszłam i udałam się do salonu. Włączyłam telewizor. Akurat leciał mój ulubiony film. Rozsiadłam się wygodnie i zaczęłam oglądać. Miałam ochotę coś przekąsić, ale nie chciałam się objadać przed obiadem.
Po chwili Dymitr podał do stołu, więc ruszyłam do jadalni. Przy stole siedzieli już rodzice.
-Ja dzisiaj zjem w salonie - powiedziałam, zabierając swój talerz.
-A to dlaczego? - spytał ojciec.
-Leci mój film - odparłam i wróciłam do salonu.
Szybko zjadłam obiad i podczas reklamy zaniosłam talerz do kuchni. Położyłam naczynie na blacie i podeszłam do jednej z szafek. Wyjęłam ze środka paczkę nasion słonecznika i wróciłam do salonu. Usiadłam na kanapie i czekałam na koniec reklamy. W końcu puścili dalej film. Zaczęłam jeść nasionka słonecznika, oglądając uważnie.
Kiedy film się skończył, spojrzałam na zegar. Była już osiemnasta pięćdziesiąt.
Wstałam szybko z kanapy,  na której zostawiłam same śmieci. Specjalnie nabrudziłam, żeby Bielikow zrozumiał, że ze mną się nie zadziera. Niech ma za swoje. Skierowałam się do pokoju. W progu salonu minęłam się z Dymitrem. Rosjanin spojrzał na kanapę i westchnął.
-Coś mówiłeś? - spytałam zaczepnie.
-Nie, panienko Mazur - odpowiedział. Już chciałam go poprawić, ale pomyślałam, że nie będę się spoufalać ze służbą. Wyminęłam go i szybko ruszyłam do pokoju. Zrobiłam lekki makijaż i zeszłam na parter. Ubrałam kurtkę i buty i wyszłam. Ścieżką szedł akurat Jesse.
-O, jesteś. Świetnie, chodź.
Podeszliśmy do jego samochodu. Usiadłam na miejscu pasażera. Jesse wyjechał na drogę i pomknęliśmy w stronę kina.
-Jeździsz jak wariat - mruknęłam.
-Przepisy są dla frajerów - odpowiedział.
Zaparkowaliśmy przed kinem i ruszyliśmy do budynku. Stanęliśmy w kolejce do kasy. Nagle podeszła do nas grupka chłopaków w naszym wieku. Była ich piątka. Byli ubrani w markowe ciuchy i mieli włosy postawione na żel.
-Cześć, Jesse - przywitał się ten z przodu i wymienił z Jessem przyjacielski uścisk, który reszta powtórzyła. Już mi się nie podobało. - To jest twoja dupeczka?
Nim zdążyłam się odezwać, Jesse objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.
-Owszem, to jest Rose, moja dziewczyna. Rose, to jest Kevin, Borys, Leo, Jason i Michael.
-Siemka - powiedział Kevin.
-Cześć - odpowiedziałam.
Czyli Jesse chce pokazać jakim to on jest super chłopakiem, tak? Dobrze, pokażmy chłopakom, jaki jest dobry.
-Jesse, skarbie, kupisz mi coś do picia? - spytałam słodko, przytulając się bardziej do chłopaka.
-Jasne, słońce - odpowiedział, całując mnie w czoło.
Uśmiechnęłam się. Po chwili szliśmy do sali kinowej. Trzymałam w ręce kubek coli z lodem.
Okazało się, że idziemy na horror. Bardzo mi się to podobało. Lubię horrory.
-Nie będziesz się bała, maleńka? - spytał Kevin. Chyba przewodził swojej "grupie".
-Nie, przecież Jesse odprowadzi mnie do domu, nie mam się czego bać - odpowiedziałam pewnie.
Widziałam, że Jessemu się to nie podoba. Tym bardziej to wykorzystywałam.
Usiedliśmy na miejscach i poczekaliśmy na rozpoczęcie filmu. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie. W końcu na sali zrobiło się ciemno i zaczął się film. Co jakiś czas ktoś krzyczał, jednak na mnie nie robiło nic wrażenia.
-Słaby ten horror - stwierdziłam.
-Fajną sobie laskę znalazłeś - odezwał się Kevin do Jessego.
-Wiem - odpowiedział chłopak.
W pewnym momencie przytuliłam się do chłopaka, jednak on mnie odetchnął. Na moje nieszczęście grupka była tak zapatrzona w film, ze nic nie zauważyła. Naburmuszona usiadłam obok. Jeszcze mi słono zapłaci za to.
Horror się skończył, a my wyszliśmy z sali kinowej.
Samo kino znajdowało się w galerii handlowej. Postanowiłam zaszaleć.
-Jesse - zaczęłam, przytulając się do niego. - Kupisz mi ten naszyjnik, o który cię ostatnio prosiłam?
Jesse spojrzał na mnie, a w jego oczach już widziałam iskierki gniewu. Jednak obecność kolegów kazała mu udawać, że zrobi dla mnie wszystko.
-Jasne, kochanie. Chodźmy - powiedział "wesoło".
Weszliśmy do sklepu z biżuterią. Znalazłam przepiękny naszyjnik o przepięknej cenie. I to właśnie ten naszyjnik chciałam mieć.
-Zobacz, tutaj jest - pokazałam Jessemu. Dobrze, że jego koledzy chodzili z nami.
Jesse spojrzał na cenę, zrobił wielkie oczy, ale się opanował i kupił mi naszyjnik.
-Dziękuję - uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
-Nie ma za co - mruknął.
Wyszliśmy z galerii. Chłopaki pożegnali się i zostałam z Jessem sama.
-Co ty sobie wyobrażasz?! - wykrzyknął.
-Nie wiem o co ci chodzi - powiedziałam.
-To miał być wypad do kina! A co? Kupuję ci jakiś gówniany naszyjnik za cenę z kosmosu!
Wzruszyłam ramionami.
-Przynajmniej koledzy wiedzą, że jesteś najlepszym chłopakiem, tak? Było mnie nie odpychać w kinie, a przytulać.
Jesse zacisnął szczękę.
- Czy ty nie rozumiesz?!- warknął na mnie.- Jesteśmy ze sobą tylko dla prestiżu. Jak ci brak czułości, to się do kogoś innego poprzytulaj. Ja nie potrzebuję przylepy.
- Słucham?!- niedowierzałam.
-Idź już - warknął.
-Jak to? Wiesz jak daleko jest mój dom? - spytałam. Gniew we mnie narastał.
-Wiesz jak drogi był ten naszyjnik? - warknął i wsiadł do swojego samochodu. Odjechał a ja na pożegnanie pokazałam mu środkowy palec. A teraz czekała mnie długa droga do domu.
Nie podobała mi się wizja chodzenia po ciemnym mieście. Westchnęłam i ruszyłam w stronę domu, opatulając się szczelniej kurtką. Na ulicach i chodnikach już prawie nikogo nie było. Przy pubie siedziała grupka pijaków, którzy głośno się z czegoś śmiali. Przeszłam przy nich szybko, nie zwracając uwagi na ich durne zaczepki. Pieprzony chuj! Jak już po mnie przyjechał, mógłby mnie odwieść. Ale nie! To wszystko, jak zawsze było na pokaz. Czego ja się spodziewałam? Nawet jakby ktoś mnie zgwałcił, nie zrobiłoby to na nim najmniejszego wrażenia. To tylko dla popularności, to tylko dla popularności, powtarzałam sobie.  Jednak w głębi serca, jak każda kobieta pragnęłam miłość.
Po dość długim czasie doszłam do willi. Szybko przebiegłam podwórko i wściekła weszłam do środka. Po domu poniósł się dźwięk trzaśnięcia drzwi wejściowych, ale nic mnie to nie obchodziło. Zdjęłam kurtkę i buty i poszłam do łazienki umyć ręce. Następnie weszłam do kuchni. Tam zastałam Dymitra.
Odwrócił się, spojrzał na mnie, po czym uśmiechnął się cwanie i oparł o blat.
-I jak tam randka? - spytał zaczepnie.
Nachmurzyłam się.
-Wspaniale.
Pokazałam drogi naszyjnik.
-Dostałam nawet prezent. A ty co? Znowu się wtrącasz w moje życie? Nie rozumiesz, że nie chcę mieć nic wspólnego ze służbą?
Czy on naprawdę jest tak mało inteligenty, że nie rozumie? Mam go dosyć. Czemu musi mnie jeszcze bardziej rezerwować? Najgorszy dzień w całym moim życiu!
-Jeszcze raz wtrąć się w nie swoją sprawę, to urządzę ci tu piekło.
Odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju.

sobota, 23 września 2017

Rozdział 7

Obudził mnie irytujący dźwięk budzika. Zsunęłam się z łóżka. Szybo się przebrałam, uczesałam i umyłam. Chwyciłam plecak i zeszłam na parter. Usłyszałam, jak koś krząta się w kuchni. Położyłam plecak w korytarzu i weszłam do jadalni.
Na stole stało już śniadanie razem z ciepłą herbatą. Usiadłam i zabrałam się za jedzenie.
Zebrałam naczynia i weszłam do kuchni. W środku jak zwykle stał Dymitr i coś robił. Postawiłam naczynia na blacie i "przez przypadek" zrzuciłam kubek. Natychmiast się roztrzaskał.
-Ups - powiedziałam i wyszłam na korytarz.
Ubrałam kurtkę i wzięłam plecak, po czym wyszłam z domu. Szkoła była blisko, więc szłam na piechotę.
Piętnaście minut później stałam już pod klasą i czekałam na Lissę. W pewnym momencie podszedł do mnie Mason.
-Cześć, Rose. Pokażesz mi swój projekt? - spytał z szerokim uśmiechem. Odwzajemniłam go.
-Wolę na lekcji - odpowiedziałam.
-Jest aż tak dobry? - skrzyżował ramiona na piersi i uniósł brew.
Zaśmiałam się.
-Nie, po prostu chcę pokazać dopiero na lekcji.
Kiedy to powiedziałam, przyszła Lissa.
-Cześć - uśmiechnęła się radośnie.
-Hej - zza jej pleców wyłonił się Christian i Eddy.
Chciałam się przywitać, ale rozległ się dzwonek na lekcję. Weszliśmy do klasy i zajęliśmy swoje miejsca. Pierwszą lekcją dzisiaj była historia. Do klasy weszła pani Bigflower. Sprawdziła szybko listę obecności, po czym stanęła przed biurkiem. Poprawiła okulary i wyprostowała bluzkę. Otworzyła usta i już chciała coś powiedzieć, kiedy Mason wstał. Stłumiłam śmiech.
-Tak, Ashford? - spytała pani Bigflower.
-Mogę oddać pani swój projekt? - zapytał, kładąc na ławce zwinięty brystol papieru.
Historyczka spojrzała na niego pytająco, robiąc wielkie oczy.
-Jaki projekt? - spytała. Połowa klasy chichotała. Mason zrobił się czerwony.
-No ten co pani na dzisiaj zadała - powiedział cicho. Teraz niektórzy się już śmiali.
Spojrzałam na Lissę. Dziewczyna zasłaniała usta dłonią, ale jej oczy ją zdradzały. Widziałam, że powstrzymuje się przed parsknięciem śmiechem.
-Ja też mam ten projekt - odezwał się Eddy.
Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. Usłyszałam głośny śmiech Christiana. Lissa koło mnie zaczęła chichotać.
-Spokój! - zażądała pani Bigflower. - Ashford, Castille, nie zadawałam żadnego projektu.
-Al-ale jak to? - wydusił Mason. - Siedziałem nad tym całą noc. Zresztą Rose i Christian powiedzieli, że jest projekt do zrobienia!
Historyczka spojrzała na mnie. Rozłożyłam ramiona ze śmiechem.
-To był tylko żart - zachichotałam.
-Jak to żart? - spytał Mason. Widziałam, że klasa ma niezły ubaw. Nawet pani Bigflower teraz się uśmiechała. - Zmarnowałem cały sobotni wieczór na projekt, którego nie było?
Uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Sorki, Mas. To za zniszczenie mi poduszek.
-Dobrze, wystarczy już tego. Przejdźmy do lekcji.
Zajęcia strasznie mi się nudziły, ale w końcu nastąpiła przerwa. Od razu zaczepił mnie Mason i Eddy.
-To był żart?! Jak mogłaś? - spytał Mason z wyrzutem.
-Oj no już, nie obrażaj się - zachichotałam.
-Mam się nie obrażać? Wiesz ile interesujących rzeczy mógłbym robić? Ale nie, bo ja robiłem projekt, którego tak naprawdę nie było!
Uniosłam ręce w obronnym geście.
-Hej, spokojnie! Nawet ja się tak nie denerwowałam kiedy rozerwałeś mi poduszki.
-Jesteś okropna, wiesz?
-Wiem - odpowiedziałam z uśmiechem.
Mason pokręcił głową z niedowierzaniem i odszedł. Podeszła do mnie Lissa.
-Chodź, idziemy coś zjeść.

***

Około piętnastej wróciłam do domu. Mason cały czas był obrażony, ale wiem, że jutro będzie się zachowywał jakby nic się nie stało. Zdjęłam kurtkę i zaniosłam plecak do pokoju, po czym zeszłam do kuchni. Nikogo tam nie było. Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam jogurt. Z szuflady wyjęłam łyżeczkę i poszłam do salonu. Usiadłam przed telewizorem, włączając jakiś serial.
Siedziałam tam pół godziny, kiedy drzwi główne się otworzyły i wszedł Dymitr z jakąś siatką. Spojrzał na mnie.
-Jesteś głodna? Chcesz coś zjeść albo wypić? - spytał.
-Dam sobie radę - mruknęłam i wróciłam do oglądania telewizji.
Dymitr poszedł do biura ojca. Wstałam z kanapy i weszłam do kuchni. Wyrzuciłam pudełko po jogurcie i włożyłam łyżeczkę do zlewu. Wyszłam z pomieszczenia i prawie zderzyłam się z Rosjaninem.
Wyminęłam go szybko i ruszyłam do swojego pokoju. Usiadłam za biurkiem i zaczęłam odrabiać lekcje. Jak zwykle nie miałam motywacji, więc zadzwoniłam do Lissy.
-Tak? - usłyszałam głos przyjaciółki.
-Cześć, Liss. Chciałabyś mi wysłać lekcje? - zapytałam słodkim głosikiem.
-Znowu? - zaśmiała się.
-No bo to jest jakieś trudne i dziwne i ja tego nie umiem - powiedziałam i wydęłam usta.
-Dobra, robię zdjęcia i wysyłam - odpowiedziała.
-Dziękuję - uśmiechnęłam się.
-Nie ma sprawy.
Rozłączyłam się i czekałam na SMS-a. Albo dźwięk messengera.
Rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Spojrzałam na ekran i zobaczyłam, że napisał do mnie Jesse. Zacisnęłam powieki i bezgłośnie zaklęłam. Wyświetliłam wiadomość.

Od: Jesse:
Chcesz iść ze mną jutro do kina?

Zaczęłam się zastanawiać co on kombinuje, ale nie mogłam nic wymyślić.

Do: Jesse:
Okej. O której?

Niemal od razu dostałam odpowiedź.

Od: Jesse:
19.00. Przyjadę po ciebie.

Westchnęłam i odłożyłam telefon. Zeszłam do kuchni i nalałam sobie do szklanki soku pomarańczowego. Oparłam się o blat i zaczęłam pić napój. Do środka weszła mama.
-Co tam w szkole, Rose? - spytała.
-Wszystko dobrze. Jak zwykle zresztą.
Mama nalała sobie też soku do szklanki i stanęła koło mnie.
-Coś się stało? - spytała.
-Idę jutro do kina z Jessem.
-A na co?
Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem.
-Jak to?
Włożyłam szklankę do zmywarki.
-Jutro się dowiem. Idę robić lekcje.
Wróciłam do pokoju i sprawdziłam komórkę. Lissa wysłała mi zdjęcia. Usiadłam do biurka i zaczęłam przepisywać.
Po paru minutach miałam już wszystko. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że jest już pora kolacji. Zeszłam do jadalni, gdzie siedział już Abe z mamą. Usiadłam na swoje miejsce, podczas gdy Dymitr przyniósł jedzenie.
Rodzice jak zwykle zjedli szybciej i rozeszli się. Abe poszedł do biura, a Janine na górę. Dokończyłam kolację, zebrałam naczynia i zaniosłam do kuchni. Postawiłam je na wyspie kuchennej i bez słowa wyszłam z pomieszczenia.
Zamknęłam się w pokoju i przebrałam w piżamę. Położyłam się na łóżku i sięgnęłam po komórkę. Cały wieczór przesiedziałam na instagramie. Po jakimś czasie wyszłam na korytarz i skierowałam się do łazienki. Wyjrzałam jeszcze tylko przez okno i zobaczyłam, jak Dymitr wychodzi z naszego podwórka i idzie chodnikiem prosto w ciemność.

czwartek, 14 września 2017

Rozdział 6

Pożegnałam Lissę, Masona i Eddiego i skierowałam się do kuchni. Wyjęłam z lodówki colę i nalałam trochę do szklanki. Kiedy kończyłam pić napój, do pomieszczenia wszedł Dymitr. Posłał mi delikatny uśmiech i podszedł do lodówki. Zaczął coś gotować, a ja tylko się mu przyglądałam. Coraz bardziej uważam, że powinien pracować w jakiejś dobrej restauracji jako kucharz.
-Rose?
Odwróciłam się i zobaczyłam moją matkę. Stała jakieś trzy metry ode mnie ze skrzyżowanymi ramionami na piersi.
-Tak? - spytałam, stawiając szklankę na blat.
-Chyba musimy porozmawiać - powiedziała poważnie, a ja kątem oka zauważyłam, że Dymitr jest zakłopotany. Matka jak na zawołanie powiedziała: - Wyjdźmy.
Westchnęłam i wyszłam z  matką z kuchni. Usiadłyśmy w salonie. Czekałam, aż pierwsza zabierze głos, jednak to ja musiałam zrobić pierwszy krok.
-Więc? O co chodzi?
Matka spojrzała mi prosto w oczy.
-Musimy pogadać o tym twoim chłopaku.
Przewróciłam oczami.
-Rozmawiałam z ojcem, czy to nie wystarczy? - rozłożyłam ręce.
-Spokojnie, nie denerwuj się.
Wzięłam kilka głębokich wdechów.
-No więc?
Matka usiadła wygodniej i zaczęła mówić.
-Dlaczego ty z nim w ogóle jesteś?
-A dlaczego by nie?
Janine zacisnęła usta.
-Jest chamski, egoistyczny i zbyt pewny siebie jak na mój gust.
Pokręciłam głową.
-A jak na mój gust wcale nie.
Matka uniosła jedną brew.
-No dobra... - zaczęłam. - Może nie jest ideałem, ale mam swoje powody, tak? Dlaczego nikt nie może tego zrozumieć?
-Jakie powody? Co sprawia, że chcesz być z takim... takim...
-Idiotą? Debilem? Po prostu z nim jestem, okej?
Zaczęłam się denerwować. W końcu to moje życie, moje sprawy i moje wybory.
-I co ty masz z tego związku, dziecko? Ja chcę dla ciebie tylko dobrze. Mówię ci, że ten chłopak nie jest dla ciebie odpowiedni.
-Ale mi jest dobrze tak jak jest! - podniosłam głos.
-Dlaczego? Wytłumacz mi to - poprosiła.
Poczekałam dziesięć sekund, zanim się odezwałam.
-Jestem z nim, bo jest bogaty i mega popularny w szkole - powiedziałam tonem obrażonego dziecka.
-Jesteś z nim dla popularności? - spytała, niedowierzając.
-Tak. Mamo, w szkole trzeba być popularnym, żeby mieć jakiekolwiek życie. Z resztą wszyscy oczekiwali, że będę z nim chodzić.
Matka pokręciła głową. Wyglądała na lekko załamaną.
-Pozwalasz mu się obrażać - powiedziała cicho.
-To nic nie znaczy. Grunt, że mam grono przyjaciół, oraz fanów z młodszych klas, tak? Jestem popularna, sławna. To się liczy.
-Popularność nie jest warta takiego poświęcenia.
Ponownie przewróciłam oczami i westchnęłam.
-Może nie dla ciebie. Nie wiesz, co się liczy w dzisiejszych czasach. Wolę się męczyć z takim idiotom niż być pośmiewiskiem albo popychadłem. Przecież ludzie są na jedno moje skinienie - wstałam i zaczęłam chodzić w kółko.
-Rose, zastanów się. Przecież możesz mieć przyjaciół bez tego chłopaka. I nie musisz być popularna...
-A właśnie, że muszę! Ty nic nie rozumiesz - jęknęłam.
Wyszłam z salonu i pobiegłam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko.

Dymitr:
Pan Mazur oraz jego żona zjedli kolację bez Rose. Powiedzieli, że mam dla niej coś zostawić i dać, kiedy sama zejdzie. Nie wiem, co dokładnie się stało. Słyszałem tylko podniesione głosy z salonu jakąś godzinę temu. Ale Rose musiała mieć dzisiaj ciężki dzień.
Ścierałem właśnie blat w kuchni, kiedy usłyszałem za sobą kroki. Odwróciłem się i zobaczyłem Rose. Z jej twarzy nie mogłem odczytać żadnych uczuć. Uśmiechnąłem się do niej, ale nie odwzajemniła uśmiechu.
-Podać kolację? - spytałem, odkładając ścierkę.
Rose przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
-Wiesz, dzisiaj chyba podziękuję - mruknęła. - Kompletnie nie mam apetytu.
Podeszła do szafki i wyjęła szklankę.
-Co się stało? - spytałem, a po chwili dodałem: - Jeżeli mogę spytać.
Dziewczyna nalała do szklanki soku pomarańczowego. Upiła łyk, po czym się odezwała.
-Pokłóciłam się z rodzicami o chłopaka - westchnęła.
-To ten, który był tutaj dzisiaj? - chciałem się upewnić.
-Tak, nazywa się Jesse.
Od razu przypomniało mi się to, jak obrażał Rose i dosłownie przepchnął się wściekły do drzwi, żeby wyjść.
-Jest twoim chłopakiem? - powtórzyłem, mimo że znałem odpowiedź.
-Jeju, co w tym dziwnego? - westchnęła zirytowana.
-Obraził cię - zmarszczyłem brwi. Nie rozumiałem tego. Chłopak obraził Rose, ale jest jej chłopakiem? Nie obraża się chyba osoby, którą się kocha, prawda?
-I co z tego? - spytała rozzłoszczona.
-Jako twój chłopak chyba nie powinien...
-A ty co? Specjalista?! - wykrzyknęła.
Nie rozumiałem jej złości. Wiem, że żadna dziewczyna nie lubi, kiedy się ją obraża. W końcu mieszkam z pięcioma kobietami, wiem co mówię.
-Po prostu tego nie rozumiem - odparłem.
-Nie musisz niczego rozumieć. Jesteś tylko pomocą domową, nie powinno cię obchodzić moje życie! - krzyknęła i wybiegła z kuchni, zrzucając szklankę z sokiem, która od razu się zbiła.
Przez chwilę stałem jak wryty. Rose wydaje się być jedną z tych dziewczyn, które nie potrzebują niczyjej pomocy i które nie dają sobą pomiatać. Mimo to, pozwala obrażać się chłopakowi i to we własnym domu. Dlaczego z nim po prostu nie skończy? Przecież gdyby ją kochał, nie skrzywdziłby jej tak. Chroniłby ją przed kąśliwymi komentarzami ze strony innych. Albo ja się mylę, albo współczesna młodzież myśli zupełnie inaczej.
Posprzątałem potłuczoną szklankę, uważając by się nie skaleczyć. Wyrzuciłem szkło i wytarłem podłogę. Moje myśli nadal krążyły wokół tej dziwnej kłótni.
Dlaczego Rose się tak zdenerwowała? Chciałem tylko wiedzieć, dlaczego jeszcze jest z tym chłopakiem, skoro tak ją traktuje? Gdybym ja był jej chłopakiem, nigdy bym niczego takiego nie powiedział. Starałbym się raczej ją chronić, a nie jej dogryzać.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Przede mną stał ten chłopak... Mason? Chyba tak.
-Cze... znaczy, dzień dobry, zostawiłem coś u Rose - powiedział i wszedł do środka.

Rose:
Dlaczego wszyscy uważają, że źle robię, będąc z Jessem. Mam z tego związku korzyści i to się liczy. Kiedy już bycie z nim nic mi nie będzie dawać, to go zostawię.
Ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłam gwałtownie. Przede mną stał Mason.
-Co ty tu robisz? - spytałam.
-Hej, co ty taka wkurzona? Już coś zrobiłem? - podniósł ręce w obronnym geście i uśmiechnął się. - Zostawiłem bluzę - pokazał na krzesło przy biurku. Spojrzałam tam i zauważyłam czarny materiał.
-Bierz - wpuściłam go. Chłopak wziął bluzę i wyszedł na korytarz.
-Nie chcesz mnie odprowadzić? - spytał, uśmiechając się szeroko.
Przewróciłam oczami i westchnęłam.
-Dobra, ale idź - mruknęłam i poszłam za nim.
Patrzyłam jak Mason ubiera buty, kiedy ten się odezwał.
-Jesteś jeszcze wkurzona z powodu Jessego? - spytał, prostując się. Zgromiłam go wzrokiem.
-Co cię to obchodzi? - syknęłam. Miałam już dzisiaj wszystkich serdecznie dość.
-Jeny, Rose, co ty? Okres masz, czy co? - mruknął, wkładając ręce do kieszeni.
-Tak, mam, a teraz się wynoś! - wypchnęłam go za drzwi i zamknęłam je. Nie zwracając już na nic uwagi wróciłam do pokoju.
Wyszłam dopiero po dwudziestej, żeby się czegoś napić. Ruszyłam do kuchni. Wyjęłam szklankę i nalałam sobie wody. Wypiłam wszystko, po czym włożyłam naczynie do zmywarki. Skierowałam się w stronę schodów, kiedy nagle drzwi od gabinetu ojca się otworzyły i uderzyłam w nie twarzą. Prawie się przewróciłam, ale ktoś zdążył mnie złapać. Zgadnijcie kto.

 Dymitr:
-Wszystko w porządku? - spytałem ostrożnie, zamykając drzwi do gabinetu pana Mazura, nadal trzymając dziewczynę.
-Jest cudownie! - warknęła.
-Przepraszam, nie chciałem...
-Nieważne, puść mnie - wyszarpnęła się.
-Dlaczego jesteś zła? Za to, że próbowałem zrozumieć, cze...
-Przestań. Po prostu wszyscy wtrącacie się w moje życie! Ani ciebie, ani moich rodziców nie powinno interesować to, z kim chodzę!
-Ale rodzice chcą dla ciebie dobrze. A ten chłopak nie jest...
-Jest jaki jest. Mam powód, żeby z nim chodzić.
Zmarszczyłem brwi.
-Co jest warte takiego traktowania? - spytałem.
-Nie muszę się tłumaczyć pomocy domowej! Po prostu przestań się wtrącać - krzyknęła. Jej głos się załamał.
-Nie chcę się wtrącać. Po prostu... myślałem, że jeżeli on cię obraża, to z nim zerwiesz. Albo, jako jego dziewczyna, zwrócisz mu uwagę, że nie chcesz, żeby cię tak traktował.
Skrzyżowała ramiona na piersi.
-Związek jest nieważny, ale korzyści, które z niego mam już tak.
Chyba już wszystko zrozumiałem. Stałem w milczeniu. Rose mnie wyminęła i ruszyła w kierunku schodów.
Czyli Rose i jej "chłopak" są tylko dla sexu? Nie wierzę. Nie wiem czemu, ale dziwnie się poczułem. Nie umiem opisać tego uczucia. Trochę przytłoczenie, zmartwienie, troska... Sam nie wiem. Nie spodziewałem się tego po niej.
Spojrzałem na schody. Stałem tak chwilę, po czym ubrałem buty i wróciłem do domu.


sobota, 9 września 2017

Rozdział 5

Usłyszałam dźwięk przychodzącego esemesa. Niechętnie otworzyłam oczy i powoli sięgnęłam po telefon.

Od: Jesse
Przyjdę do ciebie po południu.

Wkurzona odłożyłam telefon, położyłam głowę na poduszce i zakryłam się szczelnie kołdrą. Jest przed siódmą, a on śmie do mnie pisać? Nie pomyśli nawet, że może mnie obudzić. Więcej. Nie spytał się, czy może przyjść, tylko że przyjdzie. Informuje mnie. A może ja mam inne plany? Może chcę się spotkać z przyjaciółmi, albo jadę na zakupy, albo do dalszej rodziny? Ale nie, Pan Jesse jest najważniejszy.
Jeszcze chwilę się przespałam. Ponownie obudziłam się o ósmej. Wstałam, umyłam się i ubrałam w niebieski sweterek i dżinsy. Włosy tylko rozczesałam i pozwoliłam im opadać na ramiona i plecy. Wyszłam z pokoju i zeszłam na parter. Prawie zderzyłam się z Dymitrem.
-Już jesteś? - spytałam zdziwiona. - Czy wczoraj nie byłeś trochę później?
Dymitr uśmiechnął się delikatnie i otworzył usta, by mi odpowiedzieć, ale ktoś go uprzedził.
-Dla ciebie zawsze jest później, jeżeli wstajesz o dwunastej - mruknął Abe, wychodząc z gabinetu.
-Oj, weekendy są po to, żeby się porządnie wyspać, prawda? - rozłożyłam ręce z uśmiechem.
Abe wzruszył tylko ramionami i zaczął wchodzić po schodach. Kiedy zniknął, odezwał się Dymitr.
-Rozumiem, że chciałabyś zjeść śniadanie? - spytał z lekkim uśmiechem.
Pokiwałam twierdząco głową i poszłam za nim do kuchni. Mężczyzna wyjął z lodówki potrzebne składniki i zaczął robić posiłek.
-Chcesz się napić czegoś ciepłego? - spytałam, wyciągając herbatę.
-Może kawy - odpowiedział, robiąc tosty.
Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam dwa kubki.
-Powinieneś zatrudnić się gdzieś jako kucharz - powiedziałam, wlewając wody do czajnika. - Albo jako model - dodałam cicho, żeby nie usłyszał.
Usłyszałam cichy śmiech Dymitra.
-Nie jestem aż tak uzdolniony - powiedział.
Wsypałam do jednego kubka kawę, po czym postawiłam czajnik na płytę grzewczą. Oparłam się o blat i przyglądałam naszemu "kucharzowi".
-W domu pewnie też ty gotujesz, jak masz czas, co? - zapytałam.
Chciałam się dowiedzieć o nim jak najwięcej... Jejku, o czym ja myślę?
Dymitr posłał mi krótkie, wesołe spojrzenie, po czym wrócił do robienia tostów.
-Chciałbym, ale mama nie chce na to pozwolić. Uważa, że to jej działka.
-Rozumiem - powiedziałam.
Woda zaczęła się gotować, więc zalałam kawę i herbatę.
Zalałam kawę i herbatę w tym samym momencie, co Dymitr skończył robić tosty.
-Śniadanie - poinformował.
-Kawa - odparłam z uśmiechem.
Razem usiedliśmy w jadalni do stołu.
-Wyspałaś się? - spytał Dymitr.
Od razu przypomniał mi się esemes od Jessego. Straciłam dobry humor.
-Tak - mruknęłam tylko i zaczęłam jeść śniadanie. Jak pomyślę, że muszę dzisiaj wytrzymać towarzystwo Jessego, to mam ochotę pojechać na najbliższe lotnisko i gdzieś polecieć. Najlepiej za granicę. Na inny kontynent.
Do pomieszczenia wszedł Abe, trzymając coś w dłoni.
-Tu są kluczyki do auta - powiedział, podając kluczyki Dymitrowi.
Mężczyzna pokiwał głową i schował klucze do kieszeni. Abe wyszedł z pomieszczenia. Skończyłam jeść tosty, wzięłam talerz i swój kubek i wstałam. Włożyłam wszystko do zmywarki. Następnie wróciłam do swojego pokoju.

Dymitr:
Kiedy posprzątałem cały dom, pozmywałem kilka naczyń, była już jedenasta. Wszedłem do kuchni, wziąłem pieniądze ze szkatułki i wyszedłem z domu. Skierowałem się do garażu. Wsiadłem do służbowego samochodu i wyjechałem z terenu willi pana Mazura.
Chciałem dzisiaj zrobić porządne zakupy na cały kolejny tydzień. Mniej więcej wiem już, co najbardziej lubią członkowie rodziny Mazur, więc zakupy pójdą gładko.
Zaparkowałem pod jednym z tych wielkich supermarketów i wszedłem do budynku. Był tu straszny tłok. Mimo że pierwszy raz jestem w tym sklepie, z łatwością odnalazłem wszystkie potrzebne rzeczy. Dzisiaj była niedziela, więc stwierdziłem, że wezmę też jakieś ciasto. Zastanawiałem się nad smakiem czekoladowym a truskawkowym, ale w końcu wygrała czekolada. Po jakimś czasie miałem już wszytko. Podszedłem do kasy zapłaciłem, zabrałem resztę, paragon i fakturę. Wstąpiłem do jeszcze kilku innych sklepów po wszystkie potrzebne środki czystości i wróciłem do willi.
Wziąłem z samochodu wszystkie siatki, po czym ruszyłem do drzwi. Kiedy znalazłem się w środku, usłyszałem krzyki.
-Dziwka! - ten głos należał do chłopaka.
-Wiesz co? Jesteś zwykłym chujem! - z łatwością rozpoznałem głos Rose, który teraz drżał od emocji.
Nagle do korytarza wparował jasnowłosy młodzieniec w twarzą wykrzywioną gniewem.
-Suń się - warknął i pchnął mnie, aby dostać się do drzwi.
W tym momencie pojawiła się Rose. Oczy miała czerwone i opuchnięte, ale wyglądała raczej na rozwścieczoną niż na załamaną. Usłyszałem trzask drzwi. Zdezorientowany patrzyłem na dziewczynę.
-I co się gapisz? - spytała, zawracając, po czym pobiegła na górę.
Powoli zacząłem iść do kuchni. Rozpakowałem wszystko i poukładałem na miejscach. Pieniądze oraz fakturę schowałem do szkatułki. Wyszedłem z pomieszczenia i usłyszałem przyciszone głosy. No, prawie.
Wiem, że nie wypada podsłuchiwać. Mimo to stałem i nadstawiałem uszu.
-Dla swojego dobra powinnaś dać sobie z nim spokój - powiedział stanowczo pan Mazur.
-Ale ty nic nie rozumiesz - jęknęła Rose.
-Może i nie, ale nie pozwolę, by jakiś rozpuszczony dzieciak obrażał  m o j ą  córkę w  m o i m  domu.
-Tak wyszło. Z resztą sama sobie z nim poradzę.
-Rose, chcę dla ciebie dobrze. A ten chłopak jest chamski...
-Skończ. To mój wybór. Mam powód, by z nim być, tak?
Nastała chwila ciszy.
-No dobrze... - pan Mazur odchrząknął. - Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jeżeli coś ci zrobi, to dopilnuję, by...
-Nic mi nie zrobi. Dzięki, skończyłeś już? Bo chciałabym zostać sama - dziewczyna podniosła głos, wyraźnie zirytowana.
-Oczywiście...
Rozległ się dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. W progu stali przyjaciele Rose.
-Cześć, jest Rose? - spytała blondynka. Jeszcze nie nauczyłem się ich imion.
-Tak, wejdźcie - odpowiedziałem, wpuszczając młodych.
Po schodach zszedł pan Mazur. Spojrzał na gości i uśmiechnął się.
-O, witajcie! - powiedział i ruszył w stronę nastolatków. - Rose jest w swoim pokoju i przyda jej się pocieszenie. Mogę na was liczyć, prawda?
-Oczywiście, proszę pana - odpowiedział rudy chłopak.
-Świetnie.
Pan Mazur oraz blondynka, rudzielec i brunet poszli na piętro, a ja wróciłem do kuchni.
Wyjąłem ciasto czekoladowe. Ukroiłem cztery kawałki i poukładałem na talerzykach. Zrobiłem cztery kubki kakao. Poustawiałem wszystko na tacy i dorzuciłem cztery widelczyki do ciasta. Chwyciłem tacę i wspiąłem się po schodach. Ostrożnie zapukałem do pokoju Rose. Drzwi się uchyliły i zobaczyłem blondynkę.
-O - wydusiła, po czym odwróciła głowę. Spytała się o coś cicho Rose. Po chwili otworzyła drzwi szerzej.
Przekroczyłem próg. Pierwszy raz byłem w tym pomieszczeniu. Pokój był bardzo duży. Ściany były białe, oprócz jednej po lewej, która była beżowa. Naprzeciwko wejścia znajdowały się drzwi balkonowe. Zaraz obok stało duże, dwuosobowe łózko z fioletowymi poduszkami i narzutą. Na środku jasnej podłogi leżał czerwony dywan. Przy beżowej ścianie stało biurko i regały z książkami i innymi drobnostkami, a naprzeciwko stały dwie, duże szafy.
Rose i rudzielec siedzieli na łóżku, za to drugi chłopak na środku dywanu. Blondynka zajęła miejsce po drugiej stronie Rose.
Wszystko, co stało na tacy poustawiałem na biurku, po czym wyszedłem. Zamknąłem za sobą drzwi i wróciłem na parter.

Rose:
-Sorry, Rose, ale Jesse to dupek i tyle - Mason wzruszył ramionami, zajadając ciasto czekoladowe.
-Myślisz, że nie wiem? - prychnęłam.
-To dlaczego jeszcze z nim chodzisz? - spytała Lissa, sięgając po swój kubek.
-Dobrze wiesz czemu - westchnęłam.
Skończyłam jeść ciasto i wypiłam ostatni łyk kakao. Odłożyłam naczynia na biurko i wróciłam na łóżko.
-O, Rose, tak w ogóle, to skończyłem robić ten projekt - powiedział Mason z dumą.
Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, ale kiedy już sobie przypomniałam, musiałam ukryć uśmiech.
-To świetnie. Jak myślisz, co dostaniesz? - spytałam.
-Mam nadzieję, że przynajmniej piątkę. Siedziałem nad tym całą noc i przeszukałem cały Internet!
Coraz trudniej przychodziło mi nieśmianie się. Tak samo Lissie.
-Musisz koniecznie o tym wspomnieć - odparłam.
-Pokażesz mi swój projekt? - spytał.
-Eee... - zaczęłam szybko szukać jakiejś wymówki. - Znaczy się, bo mój projekt jeszcze nie jest gotowy i nie chcę go nikomu teraz pokazywać. Zobaczysz jutro na zajęciach.
-Dobra, trzymam cię za słowo.
-Oczywiście - uśmiechnęłam się.

środa, 6 września 2017

Rozdział 4

Oburzona stanęłam w progu, widząc Rosjanina przy kuchence.
- Towarzyszu, mogłeś na mnie zaczekać. Chciałam oglądać jak gotujesz.
- Towarzyszu?- uniósł jedną brew do góry, patrząc na mnie.
- Tak.- widząc z jaką odrazą mówi to słowo, wpadłam na genialny pomysł.- I za karę, od dziś będę tak na ciebie mówiła.
Westchnął tylko i pokręcił głową, odkładają naleśnik na talerz...
Chwila! Naleśnik?!
- O Boże, kocham naleśniki.- usiadłam na stołku barowym, robiąc słodkie oczka do Dymitra.
- Rozumiem, że też chcesz.- zaśmiał się.
Pokiwałam radośnie głową, a on znowu się zaśmiał i wrócił do smażenia.
- Staruszek nie uprzedził cię, że dużo ćwiczę i dużo jem?
- Nie, ale zapamiętam.
Oglądanie jego poczynań w kuchni było czymś niezwykłym. Jego mięśnie napinały się i poruszały, za każdym razem, gdy operował patelnią. Robił to z takim skupieniem i zaangażowaniem, jakby nic innego nie istniało. Widać, że gotowanie sprawia mu wielką przyjemność.
- Tooo... mówisz że mieszkasz z pięcioma kobietami?- zagadnęłam, aby przerwać ciszę.- Musisz mieć przejebane, kiedy mają okres.- zaśmiałam się.
- Oj tak.- po raz któryś z kolei roześmiał się.- Ale przynajmniej wiem, której i kiedy przynosić kwiaty i czekoladę.
- O jacie! Ja nigdy nic nie dostałam od nikogo podczas miesiączki. Jedynie przyjaciele omijają mnie szerokim łukiem.- skwasiłam się.
Nagle przed moim nosem znalazł się talerz ze startą naleśników. Wstałam i wzięłam naczynie.
- Chodźmy do jadalni, tam będzie wygodniej.- zarządziłam i nie czekając na odpowiedź, wyszłam z kuchni.
Zajęłam swoje miejsce przy stole, a Dymitr niepewnie obok mnie. Wcześniej na stole położył syrop klonowy.
- Nie bój się, nie gryzę- zażartowałam, żeby się rozluźnił.
- Połykasz w całości?
- No wiesz, nie bez powodu mówią na mojego ojca Żmij.
Wzięliśmy się oboje za jedzenie. To było wspaniałe.
- Pycha!- powiedziałam z pełnymi ustami, po czym przełknęłam posiłek.- Chyba zostałeś stworzony do gotowania.
- Dziękuję. Cieszę się, że smakuje.
- To mało powiedziane.
- Powiedz mi- zagadnął po długim milczeniu. - Czemu u ciebie nie można sprzątać? Jakaś tajemnica? Trup pod łóżkiem?
Zachichotałam
- No wiesz, jesteś już trzeci na tym stanowisku odkąd pamiętam.  Wiesz już co stało się z twoją poprzedniczką, ale o pierwszej pomocy domowej, no cóż. Słuch zaginął.- oznajmiłam z szalonym uśmiechem.
Spojrzał na mnie przerażony i odsunął krzesło o milimetr. Wybuchłam śmiechem.
- Żebyś tylko widział swoją minę. O matko.- wytarłam niewidzialną łzę z kącika oka.
- Jesteś przerażająca.- stwierdził.
- Przyzwyczaj się Bielikow.- do pomieszczenia wszedł mój ojciec, klepiąc mężczyznę po ramieniu, a ja powtórzyłam w głowie jego nazwisko dziesięć razy, żeby je zapamiętać. - Ona jest nieprzewidywalna.
Dymitr trochę się spiął. Pokiwał tylko głową, wstał, zebrał talerze i poszedł do kuchni. W towarzystwie mojego ojca zamykał się w sobie.
Spojrzałam na Abe'a spode łba.
-Ja? Przerażająca? Nieprzewidywalna?
Ojciec uśmiechnął się szeroko.
-I wulgarna. Dokładnie.
Przewróciłam oczami i westchnęłam.
-Oj, nie jestem aż taka okropna.
-Nie mówię, że jesteś okropna - wzruszył ramionami.
Wstałam od stołu. Już chciałam wychodzić z pomieszczenia, kiedy coś mi się przypomniało.
-O! Potrzebuję pieniędzy na nowe poduszki - oznajmiłam.
-Po co ci kolejne poduszki? - Abe zmrużył oczy.
-Bo nie mam już ani jednej. Przynajmniej takiej, która byłaby cała.
Wyszłam z pomieszczenia. Kiedy weszłam do swojego pokoju, od razu usiadłam przy biurku i odpaliłam laptopa. Włączyłam przeglądarkę. Puściłam moją ulubioną play listę i położyłam się na łóżku. Wzięłam telefon do ręki, nucąc pod nosem piosenkę. Przeglądałam facebooka dobrą godzinę, kiedy ktoś otworzył drzwi. Do środka wszedł Abe, niosąc wielką siatę.
-Czy to musi tak wyć?! -  przekrzyczał muzykę, wskazując na laptopa.
Pokiwałam tylko głową i spojrzałam na siatki.
-Co to?!
-Twoje poduszki! - rzucił mi siatkę i wyszedł. Kiedy zamykał za sobą drzwi, zauważyłam, że korytarzem przeszedł Dymitr.
Wyjęłam poduszki z siatki i ułożyłam na łóżku. Były miękkie i pachnące, w fioletowo-kremowe paski. Wróciłam do przeglądania portalu.
Po jakimś czasie wyłączyłam muzykę, bo piosenki zaczęły się powtarzać. Znudzona usiadłam na krześle. Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Odwróciłam się zaskoczona. Wstałam i podeszłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę. Przed pokojem stał Dymitr.
-Tak? - spytałam.
-Kolacja jest gotowa - oznajmił z lekkim uśmiechem.
-Ou, już idę - wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą drzwi.
Szłam koło Dymitra aż do jadalni. Usiadłam przy stole, na którym stały warzywa w sosie sezamowym z kaszą jaglaną.
-Sam robiłeś? - spytałam, ale nie dałam mu czasu na odpowiedź. - W sumie głupie pytanie. Jasne, że sam robiłeś.
-Owszem - potwierdził mężczyzna. W jego głosie słyszałam lekkie rozbawienie.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam jeść. Dymitr wszedł do kuchni, za to do jadalni weszła moja mama.
-Cześć, mamo - przywitałam się, przełykając kaszę.
-Cześć. Wiesz może gdzie jest ojciec? - spytała.
W tym momencie wrócił Dymitr z ciepłą herbatą.
-Dzień dobry - przywitał się i postawił przede mną kubek.
-Dzień dobry - odpowiedziała.
Westchnęłam.
-Albo w swoim biurze, albo w salonie - odparłam. - A co? Może zjesz najpierw kolację?
Matka pokręciła głową.
-Nie dam rady. Najpierw muszę powiedzieć twojemu ojcu, że troszkę zarysowałam samochód.
Prawie parsknęłam śmiechem.
-Gdzie?
-Na mieście. Stawiają jakoś dziwnie te betonowe donice... - pokręciła głową, wychodząc z jadalni.
Skończyłam jeść kolację i wypiłam herbatę. To wszystko było tak pyszne, że aż niemożliwe, by zrobił to człowiek. Dymitr znowu był w kuchni. Zebrałam wszystkie naczynia. Weszłam do pomieszczenia obok. Mężczyzna stał przy oknie, wpatrując się w nasz ogród i pijąc kawę. Przynajmniej tak myślę, że to kawa. 
Dymitr nie zauważył jak weszłam, pogrążony w myślach. Dopiero kiedy wkładałam naczynia do zmywarki, odwrócił się.
-Mogłaś mi powiedzieć, że już zjadłaś. Posprzątałbym - powiedział szybko.
-Spokojnie, jeszcze umiem po sobie sprzątać - zaśmiałam się.
Po chwili ciszy Dymitr znowu się odezwał.
-Powiesz mi, dlaczego nie można u ciebie sprzątać, czy nie?
Uśmiechnęłam się, wzruszając ramionami.
-Nie lubię, kiedy ktoś grzebie w moich rzeczach. No i wolę sama u siebie sprzątać, żeby wiedzieć gdzie co jest, a nie, że nie mogę niczego znaleźć.
Dymitr pokiwał głową. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Dlaczego ja tu stoję? Mogłabym iść już do pokoju, umyć się i iść spać. Uświadomiłam sobie, że czekam, aż mężczyzna się odezwie. Polubiłam dźwięk jego spokojnego, łagodnego, miękkiego głosu.
Stwierdziłam, że to ja muszę się pierwsza odezwać.
-Daleko mieszkasz? - spytałam.
Dymitr podniósł na mnie wzrok, a ja zachwycałam się jego czekoladowymi tęczówkami.
-Kawałek - odpowiedział krótko. - W Laurel.
-No to nie taki kawałek - skrzyżowałam ramiona na piersi, opierając się o blat.
Kąciki ust Dymitra uniosły się w przeuroczym uśmiechu.
-Może masz rację - przyznał.
Tak bardzo chciałam, żeby mówił dalej, mówił cokolwiek, żebyśmy znaleźli jakiś temat, ale nie miałam żadnego pomysłu. Spojrzałam na zegar.
-Jak późno! - podniosłam głos zdziwiona. - Na pewno jesteś już zmęczony i chcesz wrócić do rodziny, a ja cię tu trzymam.
Dymitr również spojrzał na zegar.
-Muszę jeszcze trochę tu posprzątać i wtedy pójdę - powiedział, odkładając kubek.
Zmarszczyłam brwi.
-Niee. Idź do domu, na pewno chcesz odpocząć. Ja tu ogarnę - powiedziałam stanowczo.
-Ale to mo...
-Nie chcę słyszeć sprzeciwu - przerwałam mu.
Przez chwilę prowadziliśmy walkę na wzrok. W końcu Rosjanin dał za wygraną.
-Niech panience będzie - powiedział.
-Hej! - zaśmiałam się. - Nie mów na mnie "panienka", Towarzyszu.
Dymitr uniósł jedną brew do góry i uśmiechnął się.
-To ty nie nazywaj mnie towarzyszem - zaśmiał się cicho.
Odprowadziłam go do drzwi.
-To do poniedziałku - uśmiechnęłam się.
-Poniedziałku? Jutro też przychodzę - powiedział, zapinając kurtkę.
-Ale jutro jest niedziela - powiedziałam powoli.
Rosjanin wzruszył ramionami.
-Do jutra - powiedział, wychodząc.
Zamknęłam drzwi. Weszłam do kuchni, gdzie stał ojciec. Chodził nerwowo w tę i wewte, kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem.
Wyjęłam naczynia z zmywarki.
-Coś się dzieje? - spytałam.
-Porysowała lekko samochód. Wchodzę do garażu i co widzę? Wielką, białą krechę, przechodzącą przez cały bok! - wyrzucił ręce w górę.
Zaśmiałam się. Poukładałam naczynia i wyszłam z kuchni, kierując się do sypialni. Przebrałam się w piżamę i rzuciłam się na łóżko. Od razu zasnęłam.

poniedziałek, 4 września 2017

Rozdział 3

- No słucham.
W całym pokoju unosił się puch z moich poduszek, których na wpół puste poszewki leżały wszędzie. Obrazki, zdjęcia w ramkach, oraz książki leżały przywrócone, a jedno nawet upadło na podłogę. Łóżko, które tak starannie składam co dzień, nie zachwycało już swoim urokiem. Jednak osoby w pomieszczeniu zastygły w niemym oczekiwaniu na mój wyrok. Pierwszymi, którzy przykuli mój wzrok była Lissa stojąca na moim posłaniu i siedzący obok Eddie. Spojrzałam na nich wyzywająco.
- Nie będę zeznawał, bez mojego adwokata.- powiedział chłopak ze śmiertelnie poważną miną, krzyżują ręce na piersi.
Przeniosłam wzrok na przyjaciółkę.
- To ich wina!- od razu wskazał na podłogę. Dopiero teraz zauważyłam, ze między puchem z poduszek, na moim fioletowym dywanie leży Rudzielec z Christianem pod nim, trzymając tego idiotę za koszulkę. Uśmiechali się niewinnie.
- Co tam Rose?- spytał Mason.
Jednak pod moim wzrokiem obojgu zrzedły miny. Wstali i stanęli przede mną, ze spuszczonymi głowami.
- Możecie mi łaskawie wytłumaczyć, co w was wystąpiło?! Czemu mój pokój wygląda jakby przeszło po nim tornado?!
- To on się na mnie rzucił - burknął Christian.
- Może bym się nie rzucił, gdybyś nie obraził Mii- fuknął na niego Mason.
- A co to, twoja żona?- zaśmiał się Ozera.
- Nie!- warknął rudzielec, robiąc się cały czerwony.- Po prostu nie dam obrażać innych kobiet.
- To niech przestanie zachowywać się jak dziwka.
- Coś ty powiedział?!- mój przyjaciel zacisnął pięść.
- Dosyć!- weszłam między nich, zanim doszło do rękoczynów.- Mason ma rację, nie powinieneś jej obrażać. Zrobiła ci coś kiedyś?
Chris jedynie pokręcił głową, spuszczając wzrok. Zauważyłam, że drugi z nich uśmiecha się.
-No. A teraz za karę sprzątniecie ten cały bałagan, a ja, Lissa i Eddie idziemy do salonu. Kiedy skończycie, przyjdźcie powiedzieć - rozkazałam.
Chłopcy zrobili zbolałe miny, ale nie protestowali. Wyszłam z dwójką przyjaciół z pokoju i przenieśliśmy się do salonu.
-Co robimy? - spytałam, siadając po turecku na kanapie.
Eddie wzruszył ramionami.
-Może, póki tamci sprzątają, coś obejrzymy? - zaproponował.
-Okej.
Sięgnęłam po pilota i włączyłam jakiś film przygodowy.
-Rose, mogę ci zrobić warkocza? - zapytała Lissa, pochylając się w moją stronę.
-No dobraa - westchnęłam i usiadłam tak, żeby przyjaciółka mogła zapleść mi włosy.
Oglądaliśmy chyba pół godziny, kiedy na dół zeszli Christian z Masonem.
-Rose, możesz być z nas dumna. W twoim pokoju aż się błyszczy - oznajmił Mason.
-Świetnie. Chodźcie, obejrzymy do końca film - powiedziałam.
Chłopcy usiedli koło nas. Po filmie wróciliśmy do mojego pokoju. Faktycznie, było czysto, ale poduszek nie dało się uratować.
-Przez was muszę kupić nowe poduszki - stwierdziłam załamana.
-Eee, tam. Poduszki są tanie - Christian wzruszył ramionami.
-Tak, ale to były moje ulubione poduszki - skrzyżowałam ręce na piersi.
Usiedliśmy na łóżku. Gadaliśmy, popijając swoje herbaty. Były już chłodne, ale nikt nie marudził. W pewnym momencie Masonowi zaburczało w brzuchu. Roześmiałam się.
-Mogłeś powiedzieć, że jesteś głodny - powiedziałam.
Jak na zawołanie otworzyły się drzwi. W progu stanął Abe.
-Dzieci, nie słyszycie, że obiad już jest? - spytał.
-Wspaniale! - wykrzyknął Mason, wyrzucając ramiona w górę i opadając na plecy.
-Już idziemy - odpowiedziałam ojcu.
Ruszyliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca przy stole. Dymitr podał nam jedzenie. Ciekawe, czy już coś jadł?
Zabraliśmy się za jedzenie pieczonej kaczki. Była przepyszna.
Najedzeni wyszliśmy na dwór. Przestało padać, więc usiedliśmy na krzesłach, które jako jedyne nie były mokre, bo stały pod balkonem. Nagle Mason wpadł na "wspaniały" pomysł. Wskoczył w ciuchach do basenu.
-Ej, chodźcie! - krzyknął z wody.
-No ty chyba sobie żartujesz - pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. - Ludzie, co się z wami dzisiaj dzieje?
-Po prostu dobrze się bawimy - zaśmiał się Eddie i poszedł w ślady przyjaciela. Po chwili wszyscy pływaliśmy w zimnej wodzie.
Wyszliśmy dopiero, kiedy zaczęło padać. Byliśmy cali mokrzy i zmarznięci. Mimo to, mieliśmy dobre humory.
Weszliśmy do domu, śmiejąc się głośno. Za sobą zostawialiśmy mokre ślady. Szczękaliśmy zębami, nabijając się z siebie nawzajem.
Przed telewizorem siedział znudzony Abe. Podniósł na nas wzrok, po czym uniósł brwi.
-Zwariowaliście? - spytał rozbawiony.
-Tylko troszkę - zaśmiałam się. - Chodźcie, wysuszymy się trochę.
Weszliśmy na górę, gdzie każdemu dałam recznik ubrania na zmianę. Tak często u siebie nocujemy, że każdy ma rzeczy każdego. Ja z Liss poszłyśmy do jednej łazienki na pierwszym piętrze, a chłopcy do drugiej, znajdującej się wyżej. Byłyśmy dla siebie jak siostry, prawie od urodzenia i nie wstydzimy się siebie. Pierwsze weszłam pod prysznic i odkręciłam gorąca wodę. O matko! Jak dobrze. Przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, gdy poczułam ciepła ciecz na skórze. Rozkoszywałam się tym, póki nie rozległo się uderzenie o plastik. Podskoczyłam przestraszona.
- A ty co tam, utonęłś?- zawołała Lissa, przekrzykując lanie wody.
Szybko zakręciłam deszczownice i opuściłam kabinę, rozwijając się w ręcznik, który podała mi przyjaciółka. Ona weszła prędko pod prysznic, a ja zaczęłam się ubierać. Założyłam miętową bluzkę z falbankami przy ramionach i rurki z dziurami. Po raz pierwszy dzisiaj założyłam coś , co nie wisi na mnie. Choć dresy są wygodniejsze, nie chcę ryzykować, że "wspaniały" humor przyjaciół kazał nam wyjść na miasto i znowu będę musiała się przebierać. Już przebrana, z turbanem na mokrych włosach, wyszłam z łazienki. Zeszłam na dół i udałam się do kuchni, gdzie wzięłam jabłko. Wgryzłam się w nie, wychodząc z pomieszczenia i skręciłam. Magle wpadłam na coś trochę twardego, ale i miękkiego. Odbiłam się od tego czegośi zaczęłam spadać. Przygotowałam się na uderzenie, ale zamiasy niego, poczułam silne ramie na plecach. Podniosłam wzrok i napotkałam brązowe oczy, niczym czekolada. Jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem TAKICH oczu. Czułam, że mogłam w nie patrzeć bez przerwy. A zwłaszcza, gdy się śmiały, jak teraz.
- A gdzie tak lecisz?- spytał  Dymitr, nie zmieniając naszej pozycji ani o milimetr.
Obejrzałam się za siebie.
- Do tyłu.- również się uśmiechnęłam, patrząc mu znowu w twarz. W oczy.- Ale jak widać, nie poleciałam za daleko.
- Zawsze mogę Cię puścić.
- Podziękuję.
Pomógł mi się wyprostować, po czym ominął mnie i wszedł do kuchni. Poszlam za nim.
- Widzę, że polubiłeś kuchnię.- zaśmiałam się, opierając ciało o framugę wejścia.
- Jest tak profesionalnie wyposarzona, że nawet nie wiem, do czego niektóre rzeczy służą.- wyznał z zachwytem.- Po za tym, trochę zgłodniałem.
Na potwierdzenie słów mężczyzny, jego brzuch zaburczał i oboje się zaśmialiśmy.  Po chwili Rosjanin zaczął wyciągać z lodówki pptrzebne składniki. To niesamowite. Pierwszy dzień, a zachowuje się tak swobodnie. Jakby był tu od zawsze. Sama czuję się przy nim jakaś tak rozluźniona. Chciałabym dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Może teraz mam okazję.
- Mogę pooglądać, jak gotujesz?- spytałam, siadając na stołku barowym, przy wyspie kuchennej.- Pierwszy raz widzę faceta przy garach.
- Jeśli chcesz.- wzruszył ramionami.- Ale niczym to się nie różni od wersji damskiej. Niekiedy po prostu jak chce się wykarmić osmioosobową rodzinę, w tyk kobietę w ciąży potrzeba trochę więcej kucharzy.
- Wow. Niezła robota. W tak dość młodym wieku- przyznałam.
Jednak we wnatrz poczułam niezrozumiały ból, na myśl, że już ma tak liczną . Na co ja liczyłam? Jest przystojny, może mieć każdą. Czemu miałby się zainteresować jakąś rozkaprysioną gówniarą?
Patrzył na mnie, nie rozumiejąc, po czym przez jego twarz przemknęło olśnienia. Nagle wybuchł głośnym i nie kontrolowanym śmiechem. Zmarszczyłam czoło, zdezorientowana. Jednak muszę przyznać, że było to miłe i dla oka, i dla ucha. Po chwili mężczyzna się uspokoił i wrócił do gotowania, przenosząc wszystko na wyspę kuchenną, tak, żeby móc ze mną rozmawiać.
- Nie o to mi chodziło.- jeszcze raz się zaśmiał.- Mieszkam z babcią, mamą, trzema siostrami, w tym jedną starszą i dwójka jej dzieci. Na moje własne, świat musi poczekać, aż znajdę tą jedyną.
- Na pewno gdzieś na ciebie czeka.- zapewniłam.
- Wiem. Ale póki co, pozostaje mi tylko nadzieja.
- Oj, uwierz mi, nie tylko.- mruknęłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Spojrzał na mnie dziwnie, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, do kuchni wpadli Mason i Eddy.
- No w końcu. Ile można się pindrzyć?- spojrzałam na nich zniecierpliwiona.
- Nie czas teraz na narzekanie.- wydyszał rudzuelec, łapiąc rozpaczlowie powietrze.- Wiedziałaś o wypracowaniu o Cywilozacji Majów?
Poczułam jak robi mi się gorąco.
- Jakie wypracowanie?!- spytałam przerażona.
- No z historii.- zawołał Eddie.
Spanikowana spojrzałam na Liss, wtuloną w Christiana. Chłopak pokazał mi skrzyżowanie palce, a ja się uspokoiłam. No tak. Jakby mogli nam cos zadać już po pierwszym tygodniu nauki? Jednak z zewnątrz nie dałam niczego po sobie poznać.
- Aaa, to.- udałam zrozumienie.- Tylko mi nie mówcie, że jeszcze tego nie zaczeliście?
- Czejaj, czekaj. Na pewno jest to wypracowanie? To powiedz, na jaki temat.
- Historia Cuwilizacji Majów.- powiedziałam bez wahania.
Myślenie nie jest dzisiaj dobrą stroną Masona, skoro już na samym początku podał temat. Ale lepiej dla nas.
- To my może już pójdziemy.- powiedział zdenerwowany Eddie.
- No, skoro musicie.- poszłam zz nimi do wyjścia i otworzyłam drzwi.- Spiszecie z Internetu, czy się upijecie?
Wstali, gdy zawiązali buty i sięgnęli po kurtki.
- Jedno i drugie.- powiedzieli jednocześnie. Pożegnałam ich i zamknęłam drzwi. Zaczęłam się śmiać i przybiłam Ozerze piątkę.
- Rose. - moją uwagę zwróciła delikatna blondynka u jego boku.- Nie pogniewasz się, jeśli też pojdziemy? Moi rodzice późno wrócą i...
- Jasne.- uśmiechnęłam się, znowu otwierając drzwi.- Ale spotkamy się niedługo w kawiarni. Same- podkreśliłam, patrząc na Ozerę.
- Czemu mnie zabijasz wzrokiem?- oburzył się Christian.- Przecież nie czepiłem się jej jak rzep.
Spojrzałam na niego z wyrzutem. Wiedział, że wczodzi na niebezpieczny temat.
- Rose, naprawdę powinnaś z nim zerwać. On cię wykorzystuje.- w głosie przyjaciółki dało się słyszeć troskę.
- A ja jego, więc jesteśmy kwita.- stwierdziłam gorzko.
- Proszę kochana, nie gniewaj się na mnie.- poprosiła blondynka, przytulając mnie.- My się tylko o ciebie martwimy.
- Wiem. - westchnęłam.- Ale ja umiem sobie poradzić.
- Skoro tak uważasz. - jej chłopak wzruszył ramionami.
Mimo to widziałam w jego oczach zmartwienie.
Po chwili zostałam na przedpokoju sama ze sobą i swoimi myślami. Otrząsnęłam się i wróciłam do kuchni.

niedziela, 3 września 2017

Rozdział 2

Rose:

Zjadłam szybko podane mi śniadanie i wstawiłam naczynia do zmywarki. Po tabletce przeciwbólowej poczułam się o wiele lepiej.
Wyszłam z kuchni i ruszyłam w stronę schodów. Wspięłam się na piętro, a następnie wparowałam do swojego pokoju. Szybko przebrałam się w luźne ciuchy. Związałam włosy w wysokiego kitka. Zrobiłam lekki makijaż i poszłam do biura ojca. Niestety go tam nie było. Był za to ten nowy. Hmm... Abe nie powiedział mi, jak się nazywa. Trudno.
Wycierał akurat regały. Nie zauważył, że weszłam. Muszę przyznać, że był przystojny. Z takim wyglądem mógłby zostać modelem, a nie pomocą domową.
Po cichu opuściłam biuro. Co by tu porobić? Wyszłam na ogród i położyłam się na jednym z leżaków, które stały rzędem koło ogromnego basenu. Ułożyłam się wygodnie i zamknęłam oczy.
Nagle coś skapnęło na mój policzek. Wytarłam to coś dłoniom i dalej zażywałam kąpieli słonecznej. Znowu coś kapnęło, tym razem na moje czoło. Zdenerwowałam się. Usłyszałam śmiech obok mnie. Świetnie, ojciec robi sobie ze mnie żarty.
-Co robisz? - spytał rozbawiony.
-Opalam się, a ty mi przeszkadzasz - mruknęłam.
Abe roześmiał się jeszcze głośniej, przez co głowa znowu zaczęła mnie boleć. Syknęłam cicho.
-Ale ty wiesz, córcia, że od rana nie ma słońca? I w dodatku zaczyna padać? - spytał, tłumiąc śmiech.
Otworzyłam szeroko oczy.
-Słucham? - uniosłam się na łokciach, rozglądając dookoła. Faktycznie było ponuro.
-Impreza musiała być lepsza, niż sobie wyobrażałem - zaśmiał się ponownie ojciec.
-Przeestań - poprosiłam, wstając z leżaka. - Mam do ciebie prośbę.
-Jaką? - spytał.
-Dałbyś mi trochę pieniędzy? - zapytałam słodko.
-Na co?
-Chciałabym jechać na zakupy.
-Ale co ty chcesz sobie kupić? - spytał podejrzliwie. Przewróciłam oczami.
-Sukienkę i jakieś buty - odpowiedziałam spokojnie.
-No dobra. Chodź.
Poszłam za ojcem do biura. W środku nadal był ten przystojny facet.
Abe usiadł za biurkiem i sięgnął do szuflady.
-Trzysta dolarów wystarczy? - spytał, podnosząc wzrok.
Wzruszyłam ramionami.
-Raczej tak.
Ojciec podał mi banknoty, które schowałam do kieszeni.
-A gdzie jest mama? - spytałam.
-Musiała dzisiaj wcześniej wyjść - odpowiedział Abe, wstając zza biurka.
Wyszliśmy na zewnątrz i chodnikiem skierowaliśmy się do bramy.
-A tak w ogóle, to jak nazywa się ten facet? - zapytałam.
-Nasza nowa pomoc domowa? - upewnił się Abe.
Pokiwałam twierdząco głową.
-Dymitr Bielikow. Jest Rosjaninem.
Przy bramie jak zwykle stał Steve. Jest naszym ochroniarzem i szoferem w jednym.
-Steve, pojedziesz z Rose na miasto? - spytał Abe.
-Oczywiście, panie Mazur - odpowiedział ochroniarz.
Po chwili siedziałam już w samochodzie. Czas na zakupy!

***

Siedziałam w salonie na kanapie i oglądałam jakiś smętny serial, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wstałam i poszłam otworzyć. Za progiem stał Mason, Eddie oraz Lissa ze swoim chłopakiem Christianem.
-Cześć, wejdźcie - przesunęłam się, żeby wpuścić przyjaciół.
-Siemka, Rose. Jak się trzymasz? - spytał Eddie, śmiesznie poruszając brwiami.
-Jakoś żyję - zaśmiałam się.
-To dobrze. Wypiłaś chyba najwięcej z nas wszystkich. Mieliśmy wynosić Masona, a w końcu wynosiliśmy ciebie - zaśmiał się chłopak.
Dałam mu kuksańca w ramię.
-Spadaj. Przynajmniej dobrze się bawiłam.
Usłyszałam  z tyłu kroki. Odwróciłam się i zobaczyłam, że akurat przez korytarz przechodzi ten... no... Dymitr "Bielicośtam".
-A co to? Wasza gosposia zmieniła płeć? - spytał Mason.
Mężczyzna musiał to usłyszeć, bo zatrzymał się w pół kroku. Pacnęłam przyjaciele w głowię.
- Nie, idioto. To jest Dymitr. Jest naszą nową pomocą domową.- zwróciłam się do Rosjanina- Poznaj Lissa, Mason, Eddy i  Christian, ale go możesz ignorować.
On tylko skinął im wszystkim głową i zajrzał do lodówki. Pewnie zabiera się za obiad. W sumie trochę zgłodniałam.
- Ou - Lissa zrobiła duże oczy. - Co się stało z waszą gosposią?
- Pewnie już nie mogła wytrzymać z Rose- zaśmiał się jej chłopak.
Przewróciłam oczami. Jak zawsze śmieszny Ozera. Ehh...
- Była już stara i zaczęła chorować. Zwolniła się- powiedziałam ze smutkiem.
Lubiłam tą ciepłą kobietę. Choć patrząc na nowego lokaja, myślę, że nie będzie tak źle. Przynajmniej mam na czym oko zawiesić. Ma rzeźbę, ale nie taką przesadną. Nie to co te kupy muskularnego mięsa, robiące za naszych ochroniarzy. Steve jest jeszcze w miarę, ale wygląda jak wyjęty z filmu "Faceci w czerni." A Dymitr co jakiś czas się uśmiecha, co również jest miłe dla oka.Ciekawe ile serc złamał ten uśmiech?
-Dobra, daj mi coś do picia, bo uschnę- moją uwagę zwrócił rudzielec.
Zaśmiałam się, chcąc ukryć zawstydzenie własnymi myślami. Rose, ogarnij się! Znam go kilka godzin, a po za tym, jest starszy i zatrudniony tu.
-Jasne. Idźcie już do mojego pokoju, a ja zaraz przyniosę.
Chłopcy jak zwierzęta zaczęło ścigać się do mojego pokoju, a Liss, kręcąc głową poszła za nimi. Sama się nad nimi często załamywałam. Z kim my się przyjaźnimy?
Weszłam do kuchni, gdzie urzędował mężczyzna, krojąc warzywa.
- Wstawił byś wodę?- poprosiłam, sięgając po kubki.
- Oczywiście, panienko... znaczy Rose- poprawił się pod moim spojrzeniem.
Zalał czajnik wodą i postawił na płycie grzewczej, włączając ją.
- Przepraszam, za Masona, ale ten głupek ma dziwne poczucie humoru- uśmiechnęłam się do niego, wyciągając odpowiednie torebki herbaty.
Wiśniowa dla Lissy, zielona dla Eddiego, czerwona porzeczka dla Masona, pomarańcza z cynamonem dla mnie i czarna dla Ozery.
- Nic nie szkodzi- odwzajemnił uśmiech, a po chwili zaczęła wrzeć woda.
mężczyzna zalał każdą szklankę. nagle zmartwiłam się, czy on cokolwiek jadł, albo pił. Niepewność jego działań wyglądały, jakby czuł się przytłoczony przepychem.w sumie każdy pracujący tak ma na początku.
- Chcesz coś do picia?- spytałam niby mimochodem.
- Jeśli można by kawę.
- Jasne- sięgnęłam po szósty kubek i puszkę z kawą rozpuszczalną.- Możesz tu ze wszystkiego korzystać. mówię, bo bywały przypadki, że służba głodziła się pierwszego dnia, nie chcąc nic ruszać, co wykraczało po za ich zakres obowiązków.
oboje jak zsynchronizowani parsknęliśmy śmiechem.
- Spokojnie, umiem o siebie zadbać.- powiedział, powstrzymując śmiech.
- Nie wątpię.- mruknąłem, wsypując proszek do naczynia.- Ile łyżeczek?
- Dwie.
Odłożyłam wszystko, a Dymitr w tym czasie zalał sobie napój. Wyciągnęłam z pod blatu tackę i położyłam na niej pozostałe pięć kubków. opuściła pokój i ostrożnie weszłam po schodach na pierwsze piętro. Odkąd nasza poprzednia gosposia nauczyła się, co, kto pije, nie musiałam tego robić. Z cudem weszłam do pokoju, nie wylewając ani kropli. Ale gdy otworzyłam drzwi, blisko było, żebym wszystko upuściła.
- CO TU SIĘ STAŁO?!- krzyknęłam na całe gardło, próbując się przebić przez wrzaski gości.

piątek, 1 września 2017

Rozdział 1

Dymitr:

Szczęśliwy wyszedłem z willi pana Mazura i szybkim krokiem ruszyłem na przystanek autobusowy. Tak bardzo się cieszę, że dostałem tę pracę. Od kilku dni szukam i szukam, i w końcu się udało.
Po chwili stanąłem na przystanku i spojrzałem na rozkład jazdy. Autobus do Laurel miał przyjechać za trzy minuty. Akurat zdążyłem. Jeszcze chwila w willi pana Mazura i musiałbym tu stać dobre pół godziny.
Pogoda dzisiaj nie rozpieszczała. Mimo że jest wczesna jesień, słońca prawie nie widać. Większość dnia pada i jest zimno.
Włożyłem ręce do kieszeni dżinsów i zacząłem się rozglądać. Było tu zupełnie inaczej niż w Rosji. Wszyscy się gdzieś spieszyli, rozmawiali przez telefony, wsiadali do taksówek, wykłócali się w sklepach. Większość mężczyzn chodziła w garniturach, trzymając w rękach czarne teczki. Wyglądali na typowych biznesmenów. Tacy sobie pożyją.
Na przystanek podjechał autobus. Wszedłem do środka, kupiłem bilet i zająłem miejsce z tyłu pojazdu. Czekała mnie dwudziestominutowa podróż. Oparłem głowę o szybę i przymknąłem oczy.
Moja najmłodsza siostra - Wiktoria - poszła dzisiaj pierwszy raz do nowej szkoły. Mam nadzieję, że szybko się tu zaaklimatyzuje i znajdzie przyjaciół. Wczoraj była zdenerwowana. Strasznie się bała. Oczywiście pocieszałem ją, że będzie dobrze, ale to nic nie dało. Kiedy tylko wróci do domu, będę musiał się jej spytać jak było.
Ciekawe co postanowiła Karolina. Jest moją starszą siostrą i ma dwójkę dzieci. Kiedy przeprowadziliśmy się do Ameryki, zastanawiała się, czy poszukać pracy. Nie chciała, żeby nasza mama musiała opiekować się jej dziećmi, ale jednocześnie chciała pomóc i zacząć zarabiać.
W Laurel wysiadłem z autobusu i ruszyłem do domu. Mieszkamy na samych obrzeżach miasta, więc kawał drogi muszę pokonać piechotą.
Zaczął padać deszcz. Przyspieszyłem trochę i po kilku minutach wchodziłem już do domu.
Zdjąłem mokrą marynarkę i wszedłem do kuchni. Jak zwykle zastałem tam swoją mamę.
-O, Dymitr, już jesteś - uśmiechnęła się ciepło. - Ale jesteś cały mokry. Idź się szybko przebierz i wracaj tu. Zaraz podam obiad.
-Dobrze - również się uśmiechnąłem i skierowałem się do swojego pokoju.
Nasz dom był skromny. Mieliśmy tu cztery sypialnie, kuchnię, łazienkę, mały salonik i jeszcze mniejszy przedpokój. Karolina, Sonia i Wiktoria dzielą ze sobą jeden pokój. Chciałem im odstąpić jeszcze moją sypialnię (sam spałbym na kanapie w salonie), ale żadna nie chciała się zgodzić.
Szybko się przebrałem i wróciłem do kuchni. Usiadłem przy stole w momencie, kiedy mama podawała obiad. Sonia weszła do pomieszczenia i usiadła obok mnie.
-I co tam? Byłeś na tej rozmowie? - zapytała.
-Tak, byłem - odpowiedziałem z uśmiechem. - Mam tę robotę.
-To wspaniale! - wykrzyknęła mama, podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła. Odwzajemniłem uścisk.
-A gdzie jest Karolina? - spytałem.
-Stwierdziła, że też poszuka pracy - odpowiedziała Sonia.
-To w takim razie gdzie jest Zoja i Pawka?
-W swoim pokoju. Zjedli wcześniej obiad - wytłumaczyła.
Pokiwałem głową i wziąłem się za swój obiad.

***

-A teraz chodźmy na pierwsze piętro - powiedział pan Mazur.
Kiedy tylko przyszedłem do willi, bogacz zaczął mnie oprowadzać po budynku. Tłumaczył mi co i jak, mówił czego mam nie dotykać i tak dalej. Słuchałem uważnie, podziwiając wszystkie pomieszczenia. Cała willa musiała kosztować fortunę!
-A tutaj - pan Mazur pokazał na któreś już z kolei drzwi na piętrze - jest sypialnia mojej córki Rose. Tu pan nie sprząta. Taką Rose ustanowiła zasadę.
Po kilku minutach znałem już rozkład wszystkich pokoi, salonów, łazienek i wielu innych pomieszczeń. Pan Mazur wrócił ze mną do kuchni i podszedł do blatu. Chwycił małą, drewnianą, ozdabianą szkatułkę i mi ją podał.
-Tu jest pięćset dolarów na wszystkie potrzebne zakupy. Faktury bierze pan na moje nazwisko i wkłada do szkatułki. Resztą ja się zajmuję - wytłumaczył.
Pokiwałem głową. Pięćset dolarów? Ciekawe, czy pan Mazur ma do mnie takie zaufanie, powierzając mi te pieniądze, czy raczej ta suma nie robi dla niego żadnej różnicy.
-Świetnie. - Mężczyzna spojrzał na swój zegarek. - Rose powinna niedługo wstać. Niech pan zacznie od zrobienia dla niej śniadania. Tylko uprzedzam, ona nienawidzi kawy. No kak można nie lubić kawy?
Mazur wyszedł z kuchni, wrzucając w górę ręce. Odłożyłem szkatułkę i zajrzałem do lodówki. Była wypełniona po brzegi. Wyjąłem kilka potrzebnych składników, następnie sięgnąłem po talerze i sztućce i zabrałem się do roboty. Stwierdziłem, że jajecznica będzie odpowiednia.
Nakładałem właśnie posiłek na talerz, kiedy usłyszałem tupot stóp. Odwróciłem się odrobinę i zauważyłem wchodzącą do środka nastolatkę. Była ubrana w błękitną piżamę. Przygładziła ręką swoje ciemnobrązowe włosy i podeszła do blatu. Miała zbolałą minę.
-Po co ja tyle wczoraj piłam? - jęknęła bardziej do siebie. - Ale i tak taki przyjaciel jak Mason to błogosławieństwo...
- Dzień dobry, panienko Mazur- przywitałem się uprzejmie.
Jednak ta machnęła ręką zanim skończyłem zdanie, jakby moje słowa były natrętną muchą.
- Po prostu Rose.- powiedziała, otwierając górną szafkę.
Wyjęła szklankę i sięgnęła po butelkę z wodą. Wypełniła naczynie przezroczystą cieczą po sam brzeg, podniosła szklankę do ust i wypiła całą zawartość na raz.
W tym momencie do środka wszedł pan Mazur. Uśmiechał się od ucha do ucha. Podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem, lekko nią potrząsając.
-I jak tam wczorajsza impreza? - zaśmiał się.
Nastolatka uniosła ręce do głowy.
-Ciszej, staruszku - poprosiła szeptem.
Pan Mazur tylko głośniej się zaśmiał.
-Czyli, że było dobrze? - spytał.
Nastolatka pokiwała tylko lekko głową.
-Nigdy więcej się tak nie upiję - powiedziała po chwili.
-Już to kiedyś od ciebie słyszałem.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Mężczyzna tylko bardziej się uśmiechnął i odwrócił ją w moją stronę.
-To jest właśnie moja córka Rose - przedstawił dziewczynę.
Rose podniosła na mnie wzrok. Chyba dopiero teraz do niej dotarło, że jestem kimś nowym.
-O... Hmm, tak, dzień dobry - powiedziała, uśmiechając się słabo.
Skinąłem głową z uśmiechem. Rose odwróciła się do ojca.
-Kim on tak w ogóle jest? - spytała cicho, ale i tak usłyszałem.
-Nową pomocą domową - uśmiechnął się pan Mazur. - A teraz idź do stołu, bo zrobił ci śniadanie.
Rose posłusznie usiadła przy stole, opierając łokcie na blacie, a głowę na dłoniach. Podsunąłem jej śniadanie i jeszcze jedną szklankę z wodą i tabletką na ból głowy, mówiąc "smacznego". Ta podziękowała i wypiła wodę. Wyszedłem z kuchni i wziąłem się za inne obowiązki.